Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jakim znajdywała się stanie. Widział. Pewne rzeczy dostrzegał. Poświęcał Lorien dużo uwagi, przy każdej kolejnej wizycie upewniając się, że sprawy wyglądały wystarczająco dobrze. Nad osłabioną, wymęczoną kobietą, łatwiej było zachować odpowiednią kontrolę. Łatwiej było manipulować jej wspomnieniami oraz sferą bardziej... emocjonalną.
Pozwolił aby objęła palcami jego przedramię. Wsparła się na nim.
- W Londynie jej prac mamy nie mniej, nie mielibyśmy gdzie ich umieścić. - prosta odpowiedź, na pytanie, które skomplikowanym nie było. Wcale. Lorien nie pytała w tym przypadku o samą Ethel, a Robert nie był typem człowieka, który dodatkowe informacje tak po prostu przekazywał. Bez wyraźnej potrzeby. Bez powodu. Poza tym, o swojej matce wypowiadał się równie chętnie, co o ojcu. Relacje Mulcibera z matką oraz ojcem, dalekie były od ideału. Nie było to jednak czymś, o czym chciał rozmawiać. Zwłaszcza z Lorien.
Miała racje uważając, że nie był człowiekiem zdolnym do tego, aby porzucić miasto, a już z pewnością samą stolicę, na rzecz sielsko-anielskich klimatów panujących w szkockiej prowincji. Choć pod tym względem daleko było mu do Richarda, zapewne poradziłby sobie całkiem nieźle z dala od Londynu, to zwyczajnie nie było mu z tym po drodze. W mieście wszystko znajdywało się na wyciągnięcie ręki.
Doceniali to również czarodzieje.
Skinął bez słowa głową, kiedy wspomniała o tym, że wszystko przemijało. Również altany. Sam niekoniecznie miał chęć, niekoniecznie zainteresowany był takimi bardziej filozoficznymi rozważaniami. Nie uważał, aby czas był na to odpowiedni, podobnie miejsce oraz osoba, która mu właśnie towarzyszyła. Więcej uwagi poświęcił jej dopiero kiedy stanęła w otwartych drzwiach wyjściowych; kiedy mocniej zacisnęła palce na jego przedramieniu. Po części rozumiał co się działo. Dostrzegał problem. Zarazem nie był dobry, kiedy przychodziło do rozwiązywania tego rodzaju problemów. Do radzenia sobie z nimi.
Może radzić sobie z nimi po prostu nie chciał? Zwłaszcza w przypadku osoby, względem której swojej postawy nie zamierzał zmieniać. Wiedział do czego Lorien był mu potrzebna. Wiedział, że na pewne rzeczy nie było w ich relacji miejsca.
- Oczywiście. - zwrócił się w jej stronę, wolną dłoń umieszczając na jej ramieniu. Brakowało jeszcze, żeby żonę przytulił, dając tym sposobem kobiecie fałszywe poczucie wsparcia. Tak daleko jednak nie zabrnął. Pozwolił sobie jedynie na ten krótki kontakt. Na tych kilka chwil. - Jeśli rzeczywiście nie czujesz się na siłach, możemy wrócić do salonu. Selar przyniesie nam wino. Będziemy mogli na spokojnie porozmawiać, odrobinę się rozluźnić za sprawą alkoholu. Tylko, Lorien... - patrzył jej teraz w oczy. Bezpośrednio w oczy. - ...jeśli nie zrobisz tego kroku dzisiaj, to ile jeszcze czasu Ci to zajmie? Minął już 2 miesiąc. Nie możesz wiecznie odcinać się od świata, choć rozumiem, że w pewnych sytuacjach, wydaje się to jedynym sensownym rozwiązaniem. Jeśli to nie brak sił, a strach... kiedyś musisz sobie z nim poradzić.
Mogli to rozwiązać w inny sposób. Oczywiście. Tylko czy inny sposób, być może sposób bardziej inwazyjny, przyniósłby odpowiednie efekty? Wszystko należało odpowiednio dawkować. We wszystkim należało trzymać się odpowiednich grac. Ludzki umysł był zarazem cholernie delikatny, jak i również niesamowicie wytrzymały. Sprzeczność? Nie, kiedy wiedziałeś, w jaki sposób należało się z nim obchodzić. Kiedy posiadałeś na tym polu pewne doświadczenie.