No dobrze, przystańmy na chwilę i zastanówmy się nad zastałą sytuacją. W końcu to nie tak, że Sauriel czytał magazyny Tajemnicze Wszechświata i gotów był uwierzyć, że magiczna kostka w Ministerstwie Magii może zawładnąć światem wbijając się w kark Ministry Magii i kontrolując ją poprzez elektryczne wyładowania. Nie, no oczywiście, że nie mógłby w to uwierzyć, przecież był na to za mądry, tak? Więc pozostawały pewne całkowicie logiczne i rozsądne założenia. Na przykład o tym, że takie rzeczy, o jakich mówią wróżowie Macieje i wróżki Esmeraldy niekoniecznie są prawdziwe. Nie były. Mimo to Sauriel je czytał i ekscytował się czasami aż za bardzo. To chyba taka wewnętrzna potrzeba całkowitego odmóżdżenia się, żeby móc poświęcić te myśli czemuś kompletnie abstrakcyjnemu i przestać w końcu używać głowy do... w ogóle przestać jej używać. Więc... to wcale nie tak, że przy okazji Rookwood bardzo lubił historie o duchach i nawiedzeniach. Bawiły go. Nawet jak okazywały się prawdzie, a poltergeisty potrafiły być bardzo niebezpieczne, to jednocześnie były zabawne. Dodawać smaku mogło to na wampirzy język, że lubił adrenalinę - nie mógł jej poczuć w ten sam sposób, co każdy inny człowiek, ale i tak ją odczuwał. Jedno z takich nielicznych powiązań z tym, że kiedyś też człowiekiem się było, drżało się o swoje życie, martwiło się o każdą ranę, bo przecież upływ krwi cię zabije. Teraz nie było tego odczucia. Ukradziona innym energia dawała mu siłę na funkcjonowanie.
Dawała też siłę na głupie pomysły i zajebiste zabawy jak podróż do nawiedzonego zamku.
Żaden dżentelmen był z Rookwooda, chyba że ktoś próbował to na nim wymusić, chyba że akurat dramatyczna sytuacja tego wymagała. Czyli właściwie nim nie był. Tak jak jednak nie dało się obalić teorii, że nie był wielbicielem duchów, chociaż była podjęta próba zaprzeczenia. Próby też się liczą, prawda? Tak, właśnie takim sposobem znaleźli się wśród tych lasów i w sytuacji, gdzie on sam klął i zaczynał irytować na to, że droga była taka dzika i zarośnięta.
- Nosz kurwa mać, co za zjebane krzaczyska. - Machnął rozeźlony ręką, przecinając kilka gałęzi strumieniem magii, żeby oczyścić im drogę. Za to bez żadnego narzekania wystawiał nawet Victorii rękę, kiedy ta na nim lądowała, bo ciemność ją zabijała. Sauriel w końcu stworzył kulkę światła, która leciała kawałek przed (i nad) nimi. Nie było za co przepraszać, mówił. - Kto kurwa wymyślił, żeby tu przyjść, co za zjebany pomysł... - Wcale tak nie myślał, ale kurwienie, narzekanie i denerwowanie się było nieodłączną częścią jego samego. - Ay, lepiej żeby kurwa było, bo nie ręczę za siebie. - W domyśle i wolnym tłumaczeniu: rozjebie mordy tym debilom, którzy powiedzieli, że podróż tutaj to świetna zabawa! Wpływ na to mógł mieć fakt, że oni byli tutaj raczej za dnia, albo wieczorem, a nie czarną nocą, gdzie nawet światło księżyca niewiele dawało między drzewami. - Wziąłem aparat. - Dopowiedział do tego "lepiej, żeby było" zamiast "bo kogoś rozpierdole!". Zawsze brzmiało to trochę milej jako powód... - No rejczel. - Mruknął i spojrzał na zamczysko, które się przed nimi rysowało, żeby ruszyć przodem po drodze, trochę szerszej, wysypanej częściowo kamieniami, częściowo zarośniętej. Przeszedł przez bramę. - HALOOO! Panie nawiedzony mordercoooo! Hop Hoooop!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.