Damy w pięknych sukniach, z makijażem, doskonałość stąpająca na cienkich obcasach, słodkie perfumy i wymyślne fryzury. Elegancki, dopieszczony świat czystokrwistych nie był miejscem, w którym czułby się spełniony, chociaż potrafił się w nim odnaleźć... kiedyś. Teraz nawet ciężko byłoby mu silić się na dostosowanie. Wszystko tam było zbyt rozdmuchane, zbyt obce, zbyt napompowane patetycznością. Z jego punktu widzenia złoto oślepiało, a purpura była tylko kotarą na oczy, żeby nie zobaczyć prawdziwego syfu we wnętrzu. Podnieść klapę kryształowej szkatuły i zobaczysz, że zalęgły się w owocach larwy, a wszystko zjadane jest przez owocówki. To nie było poetyckie. To nawet nie było. I chociaż Victoria była damą z salonów, to nie była ani złota, ani purpurowa, ani nie była kryształem z zepsutymi owocami. Victoria była po prostu... Victorią. To "po prostu" tworzyła ją całą. Żadna wielka zbawczyni całego świata, żadna wielka zła dziewczynka, żadna bufowata dama, ale też żadna zdzira odwiedzająca Nokturn. Po prostu Victoria. Znaczyło to dla niego więcej niż wszystkie teksty piosenek, które przeszły przez jego ręce i żaden zapis nutowy nie był dobry. Gitara nie pasowała do Victorii. Może cymbałki? One miały takie czyste, ciepłe dźwięki, jeśli tylko potrafiło się na nich zagrać. Dlatego nie było też drogich kolacji, garniturów i sukien. Dlatego szli do nawiedzonego zamku.
- To są pomówienia i znam na to przynajmniej jedną ustawę. - Mruczał pod nosem niby to jej odpowiadając, ale w sumie to nie oczekiwał odpowiedzi. Za to sam w końcu się pod nosem uśmiechnął, bo tak, jego denerwowanie się było nad wyrost. Nie był przyzwyczajony do konieczności przedzierania się przez chaszcze, walczenia z gałęziami i tym podobne. Mógł potykać się o próg drzwi albo wyjebane ciało martwa od dwóch tygodni, ale niekoniecznie o korzenie drzew. Bo tak, oczywiście, że też się potknął kiedy tutaj wędrowali. Różnica polegała tylko na tym, że od razu odzyskiwał równowagę. - Nie, bo nie chcę patrzeć na swojego ryja. Chyba że ty chcesz, to wspaniałomyślnie użyczę ci tej wspaniałej facjaty. - Przeciągnął w powietrzu ręką, odwracając się na chwilę do Victorii, prezentując swoją twarz jakby właśnie próbował ją... sprzedać. Ale o sprzedawaniu siebie już rozmawiali. I to zawsze gdzieś tam było. Gdzieś tam w kącie głowy. Dyskomfortowe? Powinno być. Ale Sauriel powinien być też dobrym gościem, który "mógł się zmienić". Nie był. - Za to ja zrobię zdjęcie tobie. Jak znajdziemy jakieś dobrze, bo tu i tak chuja nawet nie widać.
Rookwood zaplótł ręce na klatce piersiowej, wsłuchując się w echo swojego głosu. Zajebista rzecz! Echo, nie jego głos. Chociaż akurat uważał, że głos też miał zajebisty. Jedna z niewielu rzeczy, która mu się w sobie samym podobała, więc trzeba było zliczać te bezcenne wręcz okruchy. Usłyszał, że Victoria się zatrzymała za nim, ale sam na razie przyglądał się całemu temu otoczeniu. Gdyby oboje byli lepsi w wyczuwaniu temperatury to pewnie przeszedłby ich teraz mocniejszy dreszcz, a tak? Sauriel i strach zazwyczaj się rozmijali ze sobą, chociaż nie było też tak, że całkowicie tego uczucia nie znał. Takie nawiedzone zamczysko nie zaliczało się do czegoś, co by zadrapywało powierzchnię jego 'giveashitometru'.
- Lepiej żeby nas usłyszał wcześniej niż później. Wtedy wcześniej rozpocznie na nas swoje mroczne polooowaaaniaaa..~! - Uniósł ręce i poruszył palcami w sposób, w który na deskach teatru często pokazywali grozę strasznego potwora, mrocznego lorda, co stawał przed niewinną niewiastą w bieli..! Z niego żaden rycerz, z Victorii żadna księżniczka. Chociaż na iście książęce traktowanie zasługiwała! Księżniczkowe? Czy to powinno być księ...żniczkowe traktowanie? Ruszył dalej i choć krzyknął na całe gardło, tak teraz nawet kamyczki nie chrzęściły pod jego nogami, jakby stąpał na opuszkach kocich łap. A przecież miał na sobie całkiem ciężkie buciory. Kiwnął głową na potwierdzenie, że tak - opuszczony. Na taki wyglądał. - Takie miejsca lubią jakieś pedały zamieszkiwać. - Niekoniecznie miał tutaj na myśli stricte homoseksualistów, którzy sobie nie tak dawno temu urządzali paradę równości. Chodziło mu raczej o te cioty, które nie były w stanie sobie wywalczyć miejsca na takim Nocturnie, albo... albo wielbicieli zatęchłych dziur. Tylko że stęchlizną to tu nie pachniało. Jeszcze - nie weszli w końcu do środka. Za to pachniało kwiatami. Piękny zapach, piękne połączenie, tylko robiło się aż zbyt intensywne dla Sauriela. Przystanął, kiedy Victoria dała mu znać i obejrzał się na dzikie kwiaty i przede wszystkim - dzikie róże, które tutaj rosły. Na kwiatach się nie znał, więc w jego głowie miało to przydomek "dzikie", skoro byli w ogrodzie opuszczonego zamku. I słusznie, bo Victoria pośpieszyła też z wyjaśnieniem... pośrednim. - To jak coś długo rośnie samo, ale nie wyrosło samo tylko zostało posadzone, to potem jest już dzikie czy nie? - Czy to miało znaczenie? NO NIBY NIE! Ale stanowiło prawdziwą zagwozdkę w tym momencie dla niego. - No... całkiem spoko. - Kwiaty niekoniecznie były czymś, co go poruszało. Obejrzał się dookoła. - Za dnia na pewno jest tutaj jeszcze lepiej. - Bo nocą za mało było widać. - Jak będziemy wracać to zajdziemy i weźmiesz sobie kilka sadzonek tego gówna. - Tych kwiatów.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.