Nie widział nawet tej zmiany, chociaż oczy miał całkiem uważne. Łatwo widzieć to, co chcesz widzieć, a nie dostrzegać rzeczy naturalnie się zmieniających. Tak kroczek po kroczku.... Jego zdaniem w niej to zawsze było. Nie musiał niczego zmieniać, bo to nie była zmiana. To było tylko otworzenie swojego umysłu, śmielszy krok. Zaraz ktoś by powiedział: no tym była zmiana! Otóż tak. Tylko że Sauriel zawsze miewał swoje jakieś dziwne teorie, a były nadmiernie aż zmienne i zależne od jego widzi-mi-się i humoru. Jakimś cudem, mimo tego, ludzie nadal go lubili i tolerowali. Jak? Sam nie miał pojęcia, jak to działa. Tak jak nie wierzył, że Victoria nie ma grona znajomych, że nie ma z kim spędzać czasu - na pewno miała! Tylko oby nie z tym chujem, któremu dała czekoladę, bo go popierdoli... były jakieś granice przyzwoitości, tak?
- Z autografem? Bez? Mogę ci namalować kocią łapkę. Jestem produktywny od jakiegoś czasu, teleportacja i transmutacja niedługo nie będą miały przede mną tajemnic. - Pochwalił się przy okazji. Tak, miał dzisiaj dobry humor. A kiedy mówił, że mu coś wychodziło, miał jeszcze lepszy. Ale to głównie przed Victorią. Żeby go pochwaliła! Bo jak ona go chwaliła to zawsze było najlepiej. Pewnie dlatego, że ona była najlepsza. - Łaskawie się zgodzę. Be my gest. - Wykonał jakąś parodię ukłonu, jak to czasami mu się zbierało, kiedy już żarty miały swój rozpęd i kiedy tak jak teraz - swoboda gościła między nimi. Zupełnie jak dawniej. Nie było jednak jak dawniej. Było inaczej. O wiele inaczej. Sauriel czuł się inaczej, dobrze, a mówili, że nie ma czegoś takiego jak felinoterapia. Oj tak, był świadom tego, że panienki się za nim oglądały do tego stopnia, że nawet rzucił kiedyś Norze, że te panie to pewnie przychodzą się na niego pogapić a nie po to, żeby posłuchać jego głosu czy gry na gitarze. Nie miał nic przeciwko. Tak długo, jak ludzie dawali mu spokój, bo nie lubił być w centrum uwagi. Zdecydowanie wolał siedzieć z boku, a odnosiło się to do bardzo wielu rzeczy. Również do tego, że nie miał najmniejszej ochoty głowić się nad wydawaniem poleceń, skoro łatwiej było je dostać i wykonać... tylko po swojemu. Bycie bardziej upartym niż osioł zobowiązywało. - Ay, bardzo. - Odpowiedział na pytanie o to, czy często ma w rękach aparat. Głównie robił fotki zwierzakom, totalnie głupie, ale łapały go też niektóre krajobrazy. Rzeczy. Ludzie. Podobało mu się to. Nie podobało się tylko to, że w nocy bywało trudno z oświetleniem, nawet jeśli tworzyło się magiczne światło. To sprawiało, że czekał na każdy pochmurny dzień.
- O nie, nie.. - Zaprzeczył BARDZO przekonująco, wykrzywiając usta w jakąś komiczną minę i kręcąc głową. - Ja bym nigdy tak nie zrobił. - Nigdy. Przenigdy. Był w końcu wspaniałym człowiekiem pozbawionym wad i... zawsze szczerym, zawsze, e... uczciwym! To było słowo, którego szukał w swoich myślach. - Widzisz? - Przechylił nagle głowę. - To znowu pomówienia. Róże mi świadkami. I tamta żółta sukienka? - Uniósł jedną brew spoglądając na suknię wywieszoną w oknie. Czy ona stanowiła jakąś zasłonę? Nie wyglądała z tej perspektywy na jakąś wybitnie podartą, ale Sauriel aż zachęcił swojego świetlika, żeby podleciał wyżej i im lepiej pokazał, co to za nawiedzona kiecka tam wisi. Aż się zatrzymał sam po kolejnych metrach, bo w pierwszej chwili miał instynkt, że to KTOŚ. A nie COŚ. Wisząca parę pięter nad nimi kiecka z tej perspektywy nawet dobrze oświetlona nie pokazywała zbyt wielu szczegółów. - Przebiegły! Od razu przebiegły. Różyczko, ja jestem... ja jestem po prostu. - Nawet pomachał ręką przed sobą, ale to nie pomogło mu znaleźć żadnego mądrego wyjścia z sytuacji. - Właśnie tych mam na myśli. - To było powiedziane bez pomyślunku. - Znaczy nie! Mam na myśli zjebów, którzy nie potrafią sobie wywalczyć miejsca na Nokturnie i szukają dziur do mieszkania. Dziura. - Pokazał obiema rękoma zamek, a teraz nawet kontretnie bramę, która prowadziła do wnętrza zamczyska. Nie starał się zachowywać cicho, ale ona tym bardziej. Uśmiechnął się na jej ruchy i złapał ją za jeden z kosmyków włosów, żeby go lekko pociągnąć. Jak dziewczynki pięcioletnie za warkoczyk. - No to je wykopiemy. Te daltony czy inne trąbki. - Trochę z premedytacją przekręcał te słowa, siebie byli warci pod kątem wzajemnych zaczepek.
- Ej... Vika. Skoro to zamek... to może powinniśmy wjechać do niego na koniu! - Rycerze w bajkach wjeżdżali do zamków na koniach. - Dawaj wyczaruj nam konia. - Tak, mówił poważnie. Nawet się wyszczerzył.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.