21.12.2022, 16:49 ✶
Pomyślał w pierwszej chwili, że to niedobrze, że jest pyskata. Zadziera nosa - tak, dobrze to brzmiało i dobrze pasowało do tej rumianej laleczki, która w swoim płaszczyku właśnie ozdabiała ten ogród. To znaczy - w mniemaniu Sauriela raczej go oszpecała samym faktem, że tutaj była, a jej uroda nie miała tu znaczenia. W końcu była niechcianym elementem. Przynajmniej była elementem minimalnie bardziej dojrzałym, ale już to pisałam: facet dojrzewa tylko do trzeciego roku życia… Co wiedział na pewno to to, że chęci czy niechęci znaczenia nie miały i albo się dogadają i jakoś wypracują własną przestrzeń, albo będzie bardzo niesympatycznie. Czego zaś Victoria nie wiedziała to tego, że fakt, Sauriel nie silił się na bycie miłym gościem z prostego powodu - bo NIE BYŁ miłym gościem. Gorszym typem mógł być tylko jakiś psychopata, albo fanatyk czarnej magii. Tak, taki byłby gorszy - bo już skrajnie niebezpieczny. Tym nie mniej naprawdę miał intencję się dogadać. Nic dziwnego jednak, że o tym nie wiedziała, bo dzisiejszy dzień nie przyświecał tym chęciom. Źle ułożone gwiazdy czy coś. Emocje musiały trochę ochłonąć, bo były napięte.
- To nie awans. - Bo królewny też były klaczami rozpłodowymi. Przecież mugole nadal mieli królewny, nadal była królowa - tytulatura się tutaj wiele nie zmieniła od średniowiecza. Więc się nic nie zmieniło. Zmieniało się tylko słowo. “Królewna” brzmiała zdecydowanie lepiej od “klacz rozpłodowa”, bo kojarzyła się z bajkami i statusem. I fajnie - mogła się kojarzyć. Ale dla Sauriela w określeniu do kobiety wciskanej komuś w ręce, byle tylko połączyć rody były to określenia w pełni wymienne. - No hard feelings, baby. - Obrócił się, zgodnie z jej życzeniem i otworzył drzwi, by puścić ją przodem. Nie, na pewno niczego nie ułatwiał. Nie, nie starał się być miły. A mógł być. Mógł chociaż sobie darować nieprzyjemne teksty. No - mógł. Najpierw jednak musiałby chcieć. To samo w sobie stanowiło całkiem wysoką przeszkodę do przeskoczenia. Poprawił w krótkiej drodze przez korytarz rękawy.
Para złapała spojrzenia również Rookwoodów. Wzrok Anny był lekko zabarwiony obawą, kiedy patrzyła na swojego syna o średnio zadowolonej facjacie, a potem ze skupieniem na Victorii. Przecież znała Sauriela aż za dobrze. Nie znała natomiast Victorii wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, jak elegancką i pełną taktu była damą.
- Jeśli chcesz, moja droga, zasadzimy wybrane tam przez ciebie kwiaty. - Anna uśmiechnęła się z poczuciem ulgi i wyjątkowo był to uśmiech pozbawiony tego zdystansowania, które nosiła na sobie. Wydawało się to być wyjątkowo szczerym wyrazem.
- Niezwykła, młoda dama. - Skomentował za to Eryk, obracając twarz w kierunku gości. - Będą mieli na siebie bardzo dobry wpływ. Nasz syn zapewni panience wszelkie środki niezbędne do rozwoju i kariery, tak jak rozmawialiśmy.
Sauriel, jak gdyby nigdy nic, odsunął jej znowu krzesełko, przysunął ją, a tak nawet mocniej, zanim zajął swoje miejsce. Do kieliszków porozlewano wina, teraz Anna zaatroszczyła się, żeby pojawiły się dwa kolejne - dla nich.
- Za kwitnące narzeczeństwo i pomyślną przyszłość Rookwoodów i Lestrange. - Wzniósł toast Eryk. Sauriel sam uniósł lampkę w bezgłośnym toaście.
- To nie awans. - Bo królewny też były klaczami rozpłodowymi. Przecież mugole nadal mieli królewny, nadal była królowa - tytulatura się tutaj wiele nie zmieniła od średniowiecza. Więc się nic nie zmieniło. Zmieniało się tylko słowo. “Królewna” brzmiała zdecydowanie lepiej od “klacz rozpłodowa”, bo kojarzyła się z bajkami i statusem. I fajnie - mogła się kojarzyć. Ale dla Sauriela w określeniu do kobiety wciskanej komuś w ręce, byle tylko połączyć rody były to określenia w pełni wymienne. - No hard feelings, baby. - Obrócił się, zgodnie z jej życzeniem i otworzył drzwi, by puścić ją przodem. Nie, na pewno niczego nie ułatwiał. Nie, nie starał się być miły. A mógł być. Mógł chociaż sobie darować nieprzyjemne teksty. No - mógł. Najpierw jednak musiałby chcieć. To samo w sobie stanowiło całkiem wysoką przeszkodę do przeskoczenia. Poprawił w krótkiej drodze przez korytarz rękawy.
Para złapała spojrzenia również Rookwoodów. Wzrok Anny był lekko zabarwiony obawą, kiedy patrzyła na swojego syna o średnio zadowolonej facjacie, a potem ze skupieniem na Victorii. Przecież znała Sauriela aż za dobrze. Nie znała natomiast Victorii wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, jak elegancką i pełną taktu była damą.
- Jeśli chcesz, moja droga, zasadzimy wybrane tam przez ciebie kwiaty. - Anna uśmiechnęła się z poczuciem ulgi i wyjątkowo był to uśmiech pozbawiony tego zdystansowania, które nosiła na sobie. Wydawało się to być wyjątkowo szczerym wyrazem.
- Niezwykła, młoda dama. - Skomentował za to Eryk, obracając twarz w kierunku gości. - Będą mieli na siebie bardzo dobry wpływ. Nasz syn zapewni panience wszelkie środki niezbędne do rozwoju i kariery, tak jak rozmawialiśmy.
Sauriel, jak gdyby nigdy nic, odsunął jej znowu krzesełko, przysunął ją, a tak nawet mocniej, zanim zajął swoje miejsce. Do kieliszków porozlewano wina, teraz Anna zaatroszczyła się, żeby pojawiły się dwa kolejne - dla nich.
- Za kwitnące narzeczeństwo i pomyślną przyszłość Rookwoodów i Lestrange. - Wzniósł toast Eryk. Sauriel sam uniósł lampkę w bezgłośnym toaście.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.