Wolność, którą oddychamy, była wolnością, którą wydychaliśmy. Spętani przeznaczeniem, bo zostało ono już napisane w gwiazdach, spowinowaceni przeszłością, bo nie zmienisz swojej krwi. Zasupłani teraźniejszością - tutaj spotykał się węzeł gordyjski zrobiony z tych dwóch sznurów z tyłu i przodu, stoisz ty, liny zaciskają się na twoim brzuchu, chcą wycisnąć z ciebie wszystkie soki, co do ostatniej kropelki. Jesteś szczęśliwy? Jesteś zadowolony z tego, co cię spotkało i co spotkać ma? Wolność miała swoją cenę i trzeba było ją płacić w bardzo długim kredycie. Zrzucenie z siebie jarzma nie znaczyło, że zawsze miało być gorzej. Tak samo jak przyjęcie jednego z ograniczeń nie znaczyło, że twoje życie stanie się gorsze. Goszczenie na herbacie przy rozłożonej talii kociego tarota było przecież całkiem zabawne. Warto było dać się pogładzić po futrze, usiąść na kolanach (na chwilę albo dwie) i powiedzieć sobie, że przywiązanie nie musiało soków wyciskać. Mogło cię nawodnić, bo od czego innego była tu ta herbata i miska mleka?
Poopowiadał jej trochę o tych kursach - o tym, że był zupełnie nieprzekonany, ale... Przy "ale" nastąpiło zawahanie. Zamyślenie. To był tylko moment,a le się pojawił, bo przecież to, co miało po "ale" nastąpić zaliczało się do tego, co ich niby złączało mocniej, a jednocześniej mocniej ich podzieliło od strony Sauriela. Nie powinna wiedzieć. Ci, co wiedzieli i nie byli po TEJ stronie powinni zginąć. Ci, którzy nie nosili masek, nie mogli łączyć pseudonimu z nim. Ona też tego nie robiła, ale widziała znamię. Szperała w sekretach, czy może nie chciała wiedzieć, jakich zbrodni się dopuścił? Tym nie mniej powiedział - przyznał, że to kwestia bezpieczeństwa. Chciał mieć możliwość swobodniejszego wydostawania się z tarapatów, skoro się w nie już pakował. Nie było za tym żadnej więcej opowieści i głębszej myśli. Miał być psem gończym i spełniał się w tej roli. Więc chciał gonić, jak na psa gończego przystało. Zaś sam kurs? Upierdliwy, mógł narzekać, bo pieniądz, bo coś tam. Ale temat gładko przesunął się na duchy Hogwartu, a ten już zamarł w swoich podstawach, bo wdarcie się do zamku było zdecydowanie bardziej zajmujące. Przynajmniej dla niego jak na ten moment. Jeśli jego wspaniała pamięć dopisze to nawet zarejestruje, żeby potem podjąć jeszcze wątek i go kontynuować.
Mógł krzyczeć, ale gęba mu się szczerzyła. I przy tym szczerzył swoje kły. Brama otworzyła się, ale niekoniecznie dokładnie tak, jakby sobie tego życzył i niekoniecznie w odpowiedniej chwili. Koń ledwo się przez nią prześlizgnął - i słowo prześlizgnął było idealnym zdaniem. Nie puścił Victorii w locie - objął ją jeszcze szczelniej ramionami, kiedy pierdolnęli w podstawę rzeźby, a kiepskie rozproszenie wykonane na szybko posłało i konia za nimi, przewracając go. Nie na nich, na szczęście. Na szczęście TYLKO na rzeźbę, która i tak się zachwiała od tego amabrasu i teraz po prostu... poleciała powolutku... w dół...
Kamień uderzył o posadzkę i kawałki poleciały we wszystkich kierunkach świata. Tak właśnie skończyła przepiękna rzeźba właściciela tego zamczyska, pozłacana i wymuskana, rozbita teraz na kawalątki większe i mniejsze, rozgnieciona na pył, kiedy to, co było koniem, rozgniotło niektóre z nich. A potem koń zniknął, bo jakby nie miał? Przecież był tylko kreacją trwającą kilka chwil.
- Kuuuurwaa... - Stęknął Sauriel wyłożony na ziemi, licząc mroczki biegające mu przed oczami. Mógłby powiedzieć, że słyszy szum krwi we własnej głowie, ale nie. Niczego takiego nie słyszał. Za to słyszał przyśpieszony oddech Victorii i prawie słyszał jej krew w żyłach. - Zgniatasz mi jaja. - Złapał ją za ramiona i przesunął trochę na bok, odszukując czucia we własnych kończynach i większego kontaktu z rzeczywistością. Podniósł się powoli z ziemi, podpierając na ręce, z jękiem i niezadowoleniem z obolałego ciała. - Jajebie. - Zamachał ręką przed twarzą i splunął od smaku kurzu i pyłu na języku. Drzwi trzasnęły i zamknęły im widok na zewnątrz. We wnętrzu zapanowała grobowa ciemność. - Jak to było z tym pałętającym się duchem? - Wyczarował znów światełko, a kiedy mieli możliwość rozejrzenia się po wnętrzu - rozpalił płomienie świec, które zaraz nadały ciężkim, kamiennym murom pomarańczowego, ciepłego blasku.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.