Nawet ten zamek miał w sobie więcej tragedii niż baśni. Baśniowy - z tymi różami i... czym? Anielskie trąby? Tak te kwiaty nazwała? Już nie pamiętał, ale kojarzyło mu się z instrumentem i aniołami. Albo z nią. Może były białe, ale Victoria też dla niego była biała. Jak księżyc na granatowym niebie, jak zorza przecinająca świat, jak blask latarni, kiedy idziesz ciemną drogą i ćmie skrzydła oświetlone płomieniem świecy. To nie był oślepiający blask. To nawet nie było światło na krańcu tunelu, przed którym ostrzegali, bo nie idź w stronę światła. Sauriel szedł ciemną doliną i ciemności się nie zląkł. Za to lękał się, kiedy pojawiało się światło, że ono mogło zostać pochłonięte przez tę czerń. Ilekroć było między nimi tak "zwyczajnie", jak to nazywał, miał poczucie, że jest dobrze. Niczego nie trzeba zmieniać, do niczego zmuszać, nie ma problemów i kłopotów, nie walczymy o utrzymanie światła ani o to, żeby zmienić i przegnać cienie. Mógł sobie mówić, że w ciemności odnalazł komfort, ale nie wiedział w rzeczywistości, co to jest. Raczej ostoja normalności. Normalność. Magiczne słowo, które zdawało się panować nad jego życiem. Czymkolwiek by ona nie była, bo gdyby próbować na nim wymusić ustalenie tego to zaraz zacząłby się denerwować.
- To nie domena mugoli, to domena ludzi. - Mugole wcale tutaj nie byli więcej winni niż czarodzieje, którzy robili równie pojebane rzeczy - albo i bardziej pojebane. Wszystko, co było niezrozumiałe, potrafiło być fascynujące albo odstręczające. Teraz mieliśmy inne czasy - ludzie bardziej patrzyli na poprawności, na to żeby moralnie dobrze wyglądać. Prawo się zmieniało z biegiem lat, wszystko stawało się bardziej dla człowieka i do człowieka. Nawet powołali pierdoloną komisję wilkołaków i wampirów, które były ścigane i mordowane jako niebezpieczne wynaturzenia. Więc nie - nie demonizował zanadto mugoli, którzy wpadli w obsesję na punkcie jakiegoś kuriozum ludzkiego. Domeną czarodziei było na przykład claimowanie takiego zamczyska i pozwalanie, żeby przygodni go odwiedzali, a potem odzywanie się tak... no TAK. Cokolwiek to było. Kimkolwiek by ten ktoś nie był.
Był tak zdziwiony, że nawet nie miał czasu na wkurwienie się. Na tyle zdziwiony, że nawet nie zdążył porządnie napiąć mięśni i wypróbować się z tymi niewidzialnymi pętami, które go docisnęły do ziemi. Otrzepał się, potrząsnął głową, zbierając na kolana i skupił spojrzenie na wejściu na barierce oddzielającej górne piętro mające wgląd na halę na parterze. Była tam sylwetka ledwo oświetlona blaskiem światełka, które pulsowało niemalże radośnie, jakby świetnie się bawiło razem z właścicielem tego zamku. To też by go wkurwiło, gdyby tylko jego atencja była rozdzielona na kilka punktów.
- No... myślisz, że mogłabyś być tutaj szczęśliwa? - Zabrzmiał, jakby pytał na poważnie, kiedy obejrzał się na Victorię, gdy wybrzmiało to dumne oświadczenie o tym, że Victoria tutaj zostaje. I potem została dociśnięta do ziemi, a Sauriel cały się aż zjeżył i znów obrócił głowę w kierunku kryjącego się w cieniu mężczyzny.
Na galerii nastąpił wybuch. Implozja zadrgała podłożem, krótki płomień i dym uderzył w górę, ale nie zdążył nawet opaść, a ogień zawrzał, zaryczał i rozciągnął się na galerię falą, by zaraz zniknąć. Sauriel podniósł się z ziemi. Niewidzialna moc zniknęła. Smród dymu zaczął docierać do nozdrzy. Przez moment gościła cisza. Tylko moment.
- Radzę nie niszczyć niczego więcej w tym domu. - Ponury głos mężczyzny był ostatnim, co od niego usłyszeli. Sauriel syknął, obnażając kły. Dym opadł, ale chociaż światło zostało przesunięte - nikogo tam już nie było. A kiedy obrócił się w stronę Victorii to ta miała na sobie... żółtą sukienkę. Dokładnie taką jak tamta wisząc w oknie, tylko ta nie była zniszczona.
- Viki? - Zrobił ku niej krok, ale trochę niepewnie. Do głowy wpadł mu pomysł, że może została opętana..?
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.