Nie wpadłby na to, że ktokolwiek mógłby być szczęśliwy musząc nagle zamieszkać z dala od bliskich, rodziny, swojej ulubionej szczoteczki do zębów i piekarni z najlepszymi eklerkami w mieście. W obcym zamku, bo niby dom twój, gdzie serce twe, ale w takich zimnych ścianach to nawet ciężko serce umiejscawiać. Gdzie je wepchniesz? Pod firankę licząc na to, że nie złapie przeziębienia i nie zacznie kichać? Nonsens. Każdy miał swoje ulubione chwile, nawet najbardziej spierdoleni i nieszczęśliwi ludzie, do których warto było wrócić. Ci, którzy nie mieli niczego do stracenia i mogli zostać w takim miejscu z biegu byli chyba najbardziej tragicznymi ludźmi, jakich można było poznać. Sauriel takich nie znał. Mimo zaznajamiania się z parszywymi osobistościami, z nieprzyjemnymi typami, mimo tego, że sam był wolnym atomem przenoszącym się między miastami i nie czującym przywiązania do jednego miejsca. Och, no może teraz to przywiązanie czuł, bo przecież była Głębina - miejsce jedyne w swoim rodzaju. To tyle jeśli chodzi o przywiązywanie się do miejsc. Do tego miejsca mogła go przywiązać tylko ta dziwna magia grawitacji, która teraz zniknęła.
Te wszystkie rzeczy wydarzyły się tak szybko i płynnie, jedna za drugą, że możliwość reakcji na nie uczuciowej była ograniczona do podniesienia ciśnienia. I to nie krwi, ale wyłącznie tego emocjonalnego. Sauriel teraz spoglądał na zmienioną (bo w sukience) Victorię, ale jednocześnie jego głowa latała do galerii, gdzie wszystko powinno być rozjebane, spalone ogniem, a opadający dym pokazywał drewno i kamień dokładnie takim, jakimi były. Obrazy, jakie tam wisiały - nic. Nawet jedno płótno nie nosiło śladu spalenizny. Dotrze to do niego za parę chwil, kiedy upewni się, że zagrożenia nie ma już obecnego w ich bezpośrednim otoczeniu.
- Nigdzie nie zostaniesz. - Nie powiedział tego ostro, to nie było warknięcie jak to miał w zwyczaju. Powiedział to zadziwiająco delikatnie. Obszedł kobietę paroma krokami, żeby stanąć za nią - żeby mieć na widoku zarówno schody, galerię, gdzie stał ten poltergeist czy cokolwiek to było i jednocześnie żeby widzieć ją. Żeby móc się schylić, wyciągnąć do niej ręce i pomóc jej wstać. - Co ty gadasz... - Gadała z sensem, ale wolał wypierać taki sens, taką opcję, z głowy. Cokolwiek to było, albo ktokolwiek to był, pewnie sobie robił tylko głupie żarty... prawda? Bo może i Śmierci się Sauriel nie bał, ale wizji uwięzienia w miejscu takim jak to - jak najbardziej. - Wstawaj, wychodzimy stąd. - Skupił na niej spojrzenie, ale wyglądało na to, że nic jej nie jest. Może poza paroma siniakami i otarciami, ale z tym sobie poradzi zimny okład, kiedy już wrócą do domu albo jakaś maść - a tych ona zawsze miała pełno. Krew Lestrange robiła swoje, eliksiry były jedną z mocnych stron Victorii. - Wyjebane na tego typa, wypierdalamy stąd... - Wymruczał, ciągle napięty, jeżąc się i strosząc, gdy spoglądał nieufnie po tym cichym teraz zamczysku.
Nie puszczał Victorii. Podtrzymywał ciągle jej rękę nie mając ochoty widzieć kolejny raz, jak nagle odpływa na jakąś ścianę, jak znowu coś (KTOŚ) nią rzuca, coś jej robi, coś się dzieje. To on tutaj był trudny do zabicia, a ona... ona była zbyt delikatna. Skierował się do wielkich drzwi - bo gdzie miałby iść? Czemu miałby się bardziej fatygować? Naturalnie zatrzymał się przed nimi, pchnął jedno skrzydło ręką - otworzyło się, wcale nie protestowało. Pokazał Victorii gestem, żeby szła przodem, a on sam obrócił się ostatni raz do wnętrza zamczyska. Jak sądził przynajmniej - ostatni raz. Bo zaraz miało się okazać, że to nie było takie proste.
- No wychodź. - Pośpieszył ją bardziej nerwowo, kiedy Victoria tak stała jak kołek w przejściu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.