Jego nastrój był więcej niż dobry, ale to, co było dobre niekoniecznie dobroć oznaczało. Bo był ledwo odepchnięty od całkowitej czeluści swojego zastoju. Teraz tylko do przodu, na pewno będzie lepiej, wolność całkowita i poetyzm Nicholasa. Poetyzm Nicholasa. Nie było to coś, czego się po nim spodziewał, pewnie wyszło mu to całkowitym przypadkiem. Tak, pewnie tak. Nie zastanowił się, ułożone zostały słowa, albo raczej - zastanowił, ale nie pomyślał, jak mogło to brzmieć odczytane przez drugą stronę. Śmiech śmiechem, ale brzmiało to nawet ładnie. Sauriel niemal poczuł miętę (kocią) do złapania za gitarę. Wybrał jednak spanie, bo z tych dwóch opcji to właśnie spanie pozwalało się wyłączyć i zapomnieć o tym, że się w ogóle żyje. Bardzo przydatna rzecz w tak popierdolonym świecie, w jakim przyszło im żyć.
Pojawił się w najbliższej sieci fiuu, a resztę drogi pokonał Błędnym Rycerzem. W normalnych ubraniach, nie w masce Śmierciożercy, jeśli ktokolwiek miałby wątpliwości. Miał co prawda swoją kominiarę wciśniętą w kieszeń jeszcze zatrzymaną z zoo, ale to tylko po to, żeby powkurwiać Traversa, a przynajmniej spróbować. Wytrącenie Nicholasa z równowagi udawało się chyba tylko przy połączeniu mugola z kobietą, a i to nie miało gwaranta powodzenia. Szmaty tak czy siak ze sobą zabrał, bo jeszcze usłyszy, że to jakaś oficjalna misja, albo cokolwiek... więc żeby nie było przypału to mógł wystąpić w tej czarnej koszuli nocnej zwanej dalej odzieniem Śmierciożercy. Dumnie rzecz ujmując. Czarne spodnie, czarny długi płaszcz, czarna koszula. Śmierć pewnie wyglądała podobnie, kiedy pukała do drzwi ludzi. Tylko blada skóra wyróżniała się tutaj i chyba na podstawie tego obrazka napiszą w końcu Sandmana, jeśli tylko mugole przetrwają tragedie, jaka ich czekała. O ile przetrwają. Jeśli nie to Sauriel miał nadzieję, że chociaż przetrwa ich muzyka.
Nie było słychać kroków na korytarzu, fałszywego szmeru, zapowiedzi tego, że Kot się zbliża. Nie byłby inaczej kotem. Rozległo się jednak pukanie do drzwi, jak wypadało. Wchodzenie z drzwiami zaliczało się do sposobu mówienia "dobry wieczór" wyłącznie dla osób nie wpisanych na listę Sauriela pod nazwą "lubię cię albo mógłbym polubić". Mimo wszystko tej śmiesznej kominiarki nie założył, chwilowy przypływ durnego humoru rozmył się wraz z bladym światłem latarni, które zostawił za swoimi plecami. Nie podejrzewał nawet, że Nicholas potraktował poważnie jego równie durne żarty, kiedy mu odpisywał (nietrzeźwy, swoją drogą, ale to szczegół).
- Idziemy? - Padło zamiast "dzień dobry" albo 'spierdalaj'. - Yo. - Uniósł rękę w leniwym przywitaniu. Kompletnie nie wiedział, czego Nicholas w ogóle od niego oczekuje, ale mniemał, że zaraz się dowie. Przekroczył próg jego mieszkania, jeśli tylko blondyn sobie tego życzył. Swoją drogą naprawdę nie lubił tego, że Nicholas był wyższy od niego. Frustrujące... - Czego sercu trzeba, Milczku?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.