17.05.2024, 12:36 ✶
Najpierw zobaczył ją siedzącą na łóżku, pochyloną nad czymś, niby nieobecną. Peregrin przeszedł przez próg, nad którym wisiała pętla: wpadł w nią, zaciskała się na jego szyi z każdym krokiem w głąb pomieszczenia. Nie mógł się z niej wyplątać, nie mógł zrobić kroku wstecz. Zawiśnie na framudze salki w Lecznicy Dusz i już zawsze będzie patrzył martwymi oczami na wspomnienie Millie Moody.
A potem wstała. Podbiegła do niego, przebijając bańkę koszmaru, zrywając sznur. Choć to ona była tą, która się obudziła po długiej nieobecności, to Peregrinus czuł się, jakby w tej chwili i jego wyciągnięto ze złego snu do rzeczywistości.
Nie musiała wyglądać kwitnąco, mogła straszyć wyniszczoną aparycją: wystarczyło mu, że czuł, jak tętni wewnątrz niej życie. Miał ją w ramionach żywą, myślącą, czującą, obecną. Czuł fakturę jej skóry, gorące łzy, falującą oddechem klatkę piersiową. Takiego doświadczenia nie byłby w stanie stworzyć żaden sen, Trelawney nie miał co do tego wątpliwości. W ostatnim czasie nie doświadczył niczego, co byłoby rzeczywistsze.
Przytulił ją do siebie, choć nie tak mocno jak ona wtuliła się w niego. Wiedział, że to złudzenie, lecz wydawała się zbyt delikatna na solidny uścisk. Jakby jej kości miały popękać i rozsypać się pod nim niby szkielety ludzików, które tworzył w dzieciństwie z suchych gałązek. Nie można było ukryć, że brakowało mu również wprawy w tuleniu, ponieważ nie miał na co dzień zbyt wielu kandydatów do uściskania; dlatego też tym bardziej specjalny stawał się ten gest.
— Naprawdę wróciłaś. — Był to niby radosny śmiech, lecz przebijało spod niego echo szlochu. W tych kilku słowach wylały się z niego konkurujące, skrajne emocje: radość z odzyskania przyjaciółki oraz towarzyszący mu w ostatnich tygodniach strach o nią.
Choć nie mówili wiele, odbyło się między nimi małe emocjonalne trzęsienie ziemi, które zamknęło się w tym jednym uścisku.
— Myślałem, że to koniec. — Wtulił twarz w jej włosy i nieco mocniej docisnął palce do jej pleców, aby intensywniej chłonąć jej materialność; aby po wyjściu nie mógł mieć cienia wątpliwości, że to było prawdziwe. — Pomyliłem się i nigdy mnie bardziej nie cieszyła pomyłka.
A potem wstała. Podbiegła do niego, przebijając bańkę koszmaru, zrywając sznur. Choć to ona była tą, która się obudziła po długiej nieobecności, to Peregrinus czuł się, jakby w tej chwili i jego wyciągnięto ze złego snu do rzeczywistości.
Nie musiała wyglądać kwitnąco, mogła straszyć wyniszczoną aparycją: wystarczyło mu, że czuł, jak tętni wewnątrz niej życie. Miał ją w ramionach żywą, myślącą, czującą, obecną. Czuł fakturę jej skóry, gorące łzy, falującą oddechem klatkę piersiową. Takiego doświadczenia nie byłby w stanie stworzyć żaden sen, Trelawney nie miał co do tego wątpliwości. W ostatnim czasie nie doświadczył niczego, co byłoby rzeczywistsze.
Przytulił ją do siebie, choć nie tak mocno jak ona wtuliła się w niego. Wiedział, że to złudzenie, lecz wydawała się zbyt delikatna na solidny uścisk. Jakby jej kości miały popękać i rozsypać się pod nim niby szkielety ludzików, które tworzył w dzieciństwie z suchych gałązek. Nie można było ukryć, że brakowało mu również wprawy w tuleniu, ponieważ nie miał na co dzień zbyt wielu kandydatów do uściskania; dlatego też tym bardziej specjalny stawał się ten gest.
— Naprawdę wróciłaś. — Był to niby radosny śmiech, lecz przebijało spod niego echo szlochu. W tych kilku słowach wylały się z niego konkurujące, skrajne emocje: radość z odzyskania przyjaciółki oraz towarzyszący mu w ostatnich tygodniach strach o nią.
Choć nie mówili wiele, odbyło się między nimi małe emocjonalne trzęsienie ziemi, które zamknęło się w tym jednym uścisku.
— Myślałem, że to koniec. — Wtulił twarz w jej włosy i nieco mocniej docisnął palce do jej pleców, aby intensywniej chłonąć jej materialność; aby po wyjściu nie mógł mieć cienia wątpliwości, że to było prawdziwe. — Pomyliłem się i nigdy mnie bardziej nie cieszyła pomyłka.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie