Nie, Sauriel nie był zły na Victorię. Był zły na samego siebie. Był z siebie niezadowolony, bardzo niezadowolony. Chciał coś zmienić, pstryknąć palcami i wbić tego pedała (mówił, że tu jakiś pedał mieszka!) w ścianę, rozszarpać go na strzępy. Jednocześnie te emocje nie grały pierwszych skrzypiec. Nic go nie rwało, żeby jak skończony debil skoczyć w przód, żeby czerwona płachta przysłoniła mu oczy i rozsądek. Nie. Rozsądek miał ze sobą i trzymał blisko, przy sobie, prawie jak nie on. Przez ten miesiąc dużo się działo, choć potencjalnie działo się wielkie nic. To "nic" dla niektórych było właśnie czymś dużym. Był więc zły na siebie i jeśli coś miałby komuś robić - to tylko sobie. Potrząsnąć sobą, podrzeć skórę, poszarpać ubrania - tylko po co? Nie, to też bez sensu. Mógł się na siebie złościć, przez złoszczenie się na siebie potrafił wylewać frustrację na Victorię, chociaż ona nie była tutaj niczemu winna. Winić mógł Los. Albo te autorki, które za bardzo kochały wkładać palce we wszystko, co zwichrowane i absolutnie niezdrowe. Mógłby, gdyby wiedział o istnieniu tych sił wyższych, natomiast Sauriel był Saurielem - prostą bestią, który wiele rzeczy zwalał na to, że "to był pech", a jednocześnie potem sam się bił w pierś. Jego wielka, wielka wina. Przeklinanie i miotanie się na boki wydawało mu się nagle absolutną stratą czasu i energii. Nie potrafił tego poczuć - pełnego zagrożenia związanego z tym, że Victoria wpadła w pułapkę. Chyba dlatego, że oprócz paru sztuczek ten ktoś, kto ich odwiedził w zamku (albo kogo oni odwiedzili) nie dał im wcale popalić. Popisał się jakimiś dziwnymi chwytami i rozmył w powietrzu. Dopiero teraz wył w tym zamku i brzmiał tak, jakby miał za nimi rzucić same ogary z czeluści piekieł... I teraz, kiedy to usłyszał, to instynkt przetrwania działał na pierwszym miejscu. Można przeżywać strach sinusoidalnie. O własne życie? O wszystko. Wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, że były na tym świecie rzeczy o wiele gorsze od śmierci.
To biegnięcie potem już wcale nie było ku własnej uciesze, tylko po to, żeby jak najszybciej odsunąć się od potencjalnego zagrożenia. Stawianie Victorii, która miała te pantofle z obcasem na nogach, mijało się z celem. Musiałaby te buty ściągnąć, a żeby ściągnąć buty musiałaby biec pieszo. Mógł jej dać swoją koszulę, ale butów już nie przekaże. Nie dlatego, że nie chciał. Dlatego, że by w nich utonęła i wyrżnęła na pierwszej prostej. Boso? Odpadało. Boso mogła wędrować po tamtym zamku, gdzie podłoga była wypucowana i śliczniusia, ale nie tutaj, gdzie kamienie i chuj wie co przecinały tę kostkę, po której szedł. Spomiędzy szczelin wyrastały trawy sugerując, że naprawdę wiele ludzi tędy nie wędrowało. Że nikt tędy nie wędrował, jeśli nie liczyć tych wszystkich wesołków, którzy zapewniali, że to świetne przeżycie, super zabawa. Z czasem na pewno będzie świetną zabawą.
- Trucizna i pięknie pachnie, no ta... - Pokręcił głową, ale pochylił się, żeby powąchać. - No pięknie pachnie, a teraz trzymaj to bo spieprzamy dalej... - Podtrzymywał to, że Victoria biegnąca w tych bucikach to skończyłaby jak wtedy na Pokątnej - rzucając nimi i biegnąc boso. Tam przynajmniej droga była prosta i nic nie mogło skończyć w jej stópce, chyba że jakiś zagubiony kawałek rozbitej butelki. - Wiesz, że nie jestem dobry w rozpraszanie... - Mruknął, obracając się w stronę drogi. Zamczysko aż pociemniało, jakby sam gniew nieba miał w nich uderzyć i dopomnieć się o boską sprawiedliwość. Spojrzał znów na Lestrange i aż wyciągnął swoją różdżkę, żeby sobie dopomóc. - Kurwa... - Zmarszczył brwi i nos, kiedy się nie udało, irytacja błysnęła w jego oczach, a wraz z nią zacietrzewienie. Machnął różdżką nerwowo i PUFF! Żółta suknia zniknęła, przywracając odzież Victorii do normalnego stanu. - NO! - Schował różdżkę. - Spieprzamy, Różyczko.
Akcja nieudana
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.