Etapy w życiu człowieka potrafiły nie płynąć sinusoidalnie i czasami to był ich największy mankament. Nie miałeś równego podziału tych dobrych i złych rzeczy, które ci się przytrafiają, żeby bardziej doceniać chwile szczęścia i żeby mieć pewność, że po tych trudnych chwilach i znojach znowu staniesz na prostej. Przecierp jeszcze chwilę, postaraj się jakoś wytrzymać i znów będzie dobrze, zobaczysz. Nie, uniwersum ci tego nie mówiło. Uniwersum stawiało cię przed faktem dokonanym - albo jesteś tym pieprzenie błogosławionym dzieckiem, które dostaje fanfary na samo wejście na salony, albo tym przegranym. Jeszcze byli ci pośrodku, ale i oni nie doznawali sumiennie przyznawanych dawek wrażeń. Kiedy się coś psuło to wszystko po kolei. Potem potrafiłeś mieć drobny uśmiech na twarzy, prawdziwa bombeczka na choince wyróżniająca się z wielu, albo właśnie niewyróżniająca wcale, bo przecież była do kompletu. I znów ci dojebią, żeby na pewno docisnąć głowę do podłogi. Dlatego ludzie potrafili odnajdować pocieszenie w tym, że inni mają gorzej. Jeśli sąsiad ma gorzej, gorszy trawnik, gorszą miotłę, nie ma najnowszej tiary z wystaw najlepszych krawców to znaczy, że ja żyję na wyższym poziomie. Od razu uśmiech na twarzy i zadowolenie. Nie wspominając o tych skrzydłach, na których można było latać. One stanowiły wyższą półkę dostępną dla nielicznych. Dla tych marzycieli, twórców, osób, którym przeznaczone było osiągnąć w tym świecie coś więcej. Sporo o tym wiedzieli z Victorią - w końcu ich dwójka skrzydła miała, tylko co rusz ktoś próbował je połamać. O tym, czy Sauriel się poddał całkowicie i czy się podnosił można było pisać powieść... sinusoidalną. Wahania nie były równe. Były bardzo spadkowe. Kiedy już masz wrażenie, że wszystko zeszło na psy i dotknęło dna to nie możesz spadać niżej. Więc... zaczynasz się podnosić. Chodzisz sobie po tym dnie i doznajesz życia z innej perspektywy.
Mógł to być lis, a mógł być nawet sam bazyliszek. Tak jak mogli się tutaj zatrzymać na chwilę, ale na pewno nie zamierzał się tu z nią zatrzymywać na dłużej. Odetchnął i przetarł oczy z rozbawienia. Tak, zamczysko zostało za nimi i skryły je drzewa. Gdyby byli bardziej odważni mogliby się tam cofnąć i przekonać, czy nadal tam stoi i czy jest taki sam, czy jednak był dziwaczną ułudą taką jak tamten dom pana Binnsa, w którym utknęli, a w którym obudzili się i okazało się, że to żaden dom. To rudera. Różnica między odwagą a głupotą była w takim chwili bardzo wyraźnie zarysowana. Bo cofanie się do czegoś takiego było głupotą, nie odwagą. Nie wróciłby tam z nią, może z ciekawości zdecydowałby się na przekonanie, jak to teraz wygląda. Gdyby tylko ciekawość była większa, bo nie zdecydowałby się na plątanie po zamku, by poznawać jego tajemnice z wiedzą, że jakaś klątwa może go tam zamknąć. I to bardzo skutecznie.
Z lekkim zaskoczeniem zamarł w bezruchu i rozchylił ręce, kiedy Victoria do niego przylgnęła i go objęła, dusząc tę nieszczęsną sadzonkę w swoich palcach. Miała i tak dobrze - nie nagrzewała się od jej uścisku. W końcu zamknął ręce za jej plecami i poklepał lekko po plecach.
- Przygoda była dobra, ale nie powtarzajmy tego. - Uśmiechnął się pod nosem, dociskając ją do siebie i opatulając tymi ramionami. Tam, gdzie mogła się schować i gdzie zawsze, cokolwiek by się nie działo, była bezpieczna. - I następnym razem nie rozbieraj się przy jakichś podejrzanych typach. Nie żebym się przypierdalał, aaale... - Wyszczerzył kły w uśmiechu. To czasem słychać - ten uśmiech w głosie, nawet jeśli nie widzisz czyjejś twarzy.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.