Skinął głową, przyjmując tym samym wypowiedziane przez Vere słowa. Tę jakże dyplomatyczną odpowiedź, która nie pozostawiała jednak wiele miejsca na wątpliwości. Na domysły związane z tym, co chciała mu przekazać; co faktycznie na ten temat myślała. Nie było sensu do tego wracać. Bardziej się w to zagłębiać. Rozdrapywać w tym miejscu, w tym momencie, starych ran. Zwłaszcza, że przecież nie zagoiły się one z łatwością. Zwłaszcza, że przecież pozostawiły one po sobie niezwykle brzydkie blizny.
Obserwuje ją. Czeka na cokolwiek więcej. Na podjętą decyzje. Na jasną, konkretną odpowiedź. Patrzy jak ciemnowłosa kobieta podnosi się z dotychczasowego miejsca. Nie odrywa spojrzenia, kiedy zaczyna przemierzać salon. Kiedy zdaje się wszystko rozważać. Analizować. Nie stara się jej w tym czasie przekonać. Przeciągnąć na swoją stronę. Namówić do tego, żeby porzuciła cały swój zdrowy rozsądek i zaangażowała się w to, do czego ją właśnie zapraszał. Do czego zachęcał.
Sztywnieje na moment, kiedy czuje dotyk smukłych palców. Rozluźnia się po krótkiej chwili, być może na krótki moment zapominając. Zapominając o tym, czemu ma służyć to spotkanie. Ta rozmowa. Wie jednak, że sytuacja się zmieniła. Zdaje sobie sprawę z tego, że przecież zmieniły się okoliczności. Do pewnych rzeczy nie było już powrotu. A przynajmniej - nie prowadziła do nich łatwa, prosta droga. Taka, która byłaby pozbawiona licznych przeszkód. Wybojów. Choć nie odsuwa się, przy pomocy swoich kolejnych słów zamierza przedstawić sprawy jasno. Opisać to czego oczekuje.
- Profesjonalnie, Vero. Zależy mi na tym, żeby rzeczywiście dokończyć te badania. Przedstawić ich wyniki. - odpowiada wreszcie. W ten typowy dla siebie, spokojny sposób. Jakby przed chwilą nie miało miejsca coś, co mogło mieć na niego mniejszy lub większy wpływ. Jakikolwiek wpływ. Tym razem nie zamierza pozwolić na to, żeby cokolwiek rozpraszało jego uwagę. Odciągało od celu. Obniżało poziom skupienia na zadaniu, które sobie wyznaczył. I które zamierzał zrealizować. - Opublikować je w jakimś czasopiśmie? Może wydać opartą o nie pracę naukową? Cokolwiek, na co pozwolą nam okoliczności. Zależy mi na tym, żeby pozostali członkowie grupy badawczej, byli na tym przedsięwzięciu skupieni nie w mniejszym stopniu niż ja oraz mój wspólnik.
Prawda była taka, że po części obawiał się tej współpracy, jej efektów, potencjalnych skutków ubocznych, ale zarazem uważał też, iż zaproszenie do badań właśnie Very Travers było jednym z najlepszych posunięć, na które mógł się w tym przypadku zdecydować. Niewiele osób mogło okazać się dla nich równie przydatnych, co ta kobieta. Ta kobieta oraz cała jej wiedza, doświadczenie i konsekwencja, z jaką potrafiła dążyć do celu. Ciężko było o lepszych kandydatów. Ciężko było o znalezienie kogoś podobnie przydatnego. Gra była więc warta świeczki. Na taką wyglądała.