24.05.2024, 17:58 ✶
Stałem przy strefie gastronomicznej, po czym przechadzam się wokół południowych straganów.
Oczywiście, że Alastor był w pracy. Był ostatnią osobą, która wzięłaby wolne w Lammas, nawet mimo tego, że w ostatnią Lithę do porządku musiał doprowadzać go jeden z kapłanów kowenu. Narastająca w nim paranoja nie wyleczyła go przecież z głębokiego pracoholizmu - wszystko to, co składało się na upierdliwy charakter Moodyego, było w nim zakorzenione od dziecka, teraz jedynie (po niedawnej śpiączce Mildred) nasiliło się, przybrało nowe barwy...
Stał przy strefie gastronomicznej, od strony, z której miało być wydawane jedzenie osobom nie chcącym wchodzić na podest. Chciał uprzejmie przywitać się z Norą Figg, być może trochę ją zagadać, skoro wydarzenie się jeszcze nie zaczęło, a na ulicy nie zgromadził się tłum ludzi, ta jednak okazała się być naprawdę oblegana! Z lekkim żalem uznał więc, że nie ma szans na wydębienie od niej darmowego pączka (na ładne oczy i mundur Aurora, w którym było mu już trochę za gorąco, więc rozpinał guzik za guzikiem) i odkleił się od jej stoiska, posyłając jedynie przelotny uśmiech Laurentowi, Norze, Victorii i Erikowi, bo ze wszystkimi zamieniłby kilka słow, gdyby nie to, jak ciasno robiło się wokół koszyków, a on nie był tutaj dla pogaduszek. Jak zawsze (do czego musieli się już przyzwyczaić) dał im znać skinieniem głowy, że wzywały go obowiązki służbowe.
Skoro pojawiało się tutaj więcej ludzi, jego zadaniem było wsiąknąć pomiędzy nich, żeby uważnym wzorkiem śledzić poczynania tych wzbudzających jego podejrzenia. Przechadzał się powolnym krokiem pomiędzy stoiskami, rozglądając się zza przyciemnionych szkieł przeciwsłonecznych okularów. Były mu kompletnie niepotrzebne do ochrony przed słońcem, ale pomagały schować spojrzenie wypatrujące lepkich rączek, tajemniczych walizek i krzywych min, czyniąc to wszystko bardziej komfortowym dla wszystkich zebranych.
Oczywiście, że Alastor był w pracy. Był ostatnią osobą, która wzięłaby wolne w Lammas, nawet mimo tego, że w ostatnią Lithę do porządku musiał doprowadzać go jeden z kapłanów kowenu. Narastająca w nim paranoja nie wyleczyła go przecież z głębokiego pracoholizmu - wszystko to, co składało się na upierdliwy charakter Moodyego, było w nim zakorzenione od dziecka, teraz jedynie (po niedawnej śpiączce Mildred) nasiliło się, przybrało nowe barwy...
Stał przy strefie gastronomicznej, od strony, z której miało być wydawane jedzenie osobom nie chcącym wchodzić na podest. Chciał uprzejmie przywitać się z Norą Figg, być może trochę ją zagadać, skoro wydarzenie się jeszcze nie zaczęło, a na ulicy nie zgromadził się tłum ludzi, ta jednak okazała się być naprawdę oblegana! Z lekkim żalem uznał więc, że nie ma szans na wydębienie od niej darmowego pączka (na ładne oczy i mundur Aurora, w którym było mu już trochę za gorąco, więc rozpinał guzik za guzikiem) i odkleił się od jej stoiska, posyłając jedynie przelotny uśmiech Laurentowi, Norze, Victorii i Erikowi, bo ze wszystkimi zamieniłby kilka słow, gdyby nie to, jak ciasno robiło się wokół koszyków, a on nie był tutaj dla pogaduszek. Jak zawsze (do czego musieli się już przyzwyczaić) dał im znać skinieniem głowy, że wzywały go obowiązki służbowe.
Skoro pojawiało się tutaj więcej ludzi, jego zadaniem było wsiąknąć pomiędzy nich, żeby uważnym wzorkiem śledzić poczynania tych wzbudzających jego podejrzenia. Przechadzał się powolnym krokiem pomiędzy stoiskami, rozglądając się zza przyciemnionych szkieł przeciwsłonecznych okularów. Były mu kompletnie niepotrzebne do ochrony przed słońcem, ale pomagały schować spojrzenie wypatrujące lepkich rączek, tajemniczych walizek i krzywych min, czyniąc to wszystko bardziej komfortowym dla wszystkich zebranych.
fear is the mind-killer.