Robert wchodzi na teren wydarzenia, po czym kieruje się w stronę Słodkości Nory Figg
Tego rodzaju wydarzenia, nie były z reguły tym, czemu Robert Mulciber zwykł poświęcać większą uwagę. W zasadzie to poświęcać uwagę jakąkolwiek. Stoiska pełne kiczu. Występy, które w jego opinii nie trzymały odpowiedniego poziomu. Porównywalnego choćby do tego poziomu, z jakiego słynął w Londynie teatr Selwynów. Na samym końcu jeszcze tłumy. Tłumy czarodziejów o różnym pochodzeniu. I towarzyszące temu olbrzymie ilości szlamu, w którym niekoniecznie chciał się taplać.
Bo przecież taplanie się w szlamie było poniżej jego godności.
Mimo tego wszystkiego, mimo tych licznych argumentów przeciwko pojawieniu się na lammas, pośród ludzi kręcących się placu znajdującym się przy ulicy Pokątnej, dało się dostrzec również jego sylwetkę. Sylwetkę mężczyzny ubranego w cienki golf o krótkim rękawie w kolorze beżowym, mającego na sobie czarne spodnie, noszącego wygodne buty. Nie wyróżniającego się z tłumu niczym więcej, jak tym, że w środku lata miał starannie osłoniętą szyje.
Nie pojawił się sam. Tego jednak spodziewać mógł się każdy, kto tego człowieka chociażby kojarzył. Na teren wydarzenia zawitał w towarzystwie sporo niższej oraz młodszej żony oraz własnego brata bliźniaka. Żadne z nich nie pojawiło się tutaj przypadkiem. W grę wchodziła bowiem drobna, rodzicielska kontrola. Kontrola, która stała się pretekstem odpowiednim do tego, aby ten jeden raz wyjść do ludzi. Pokazać się w miejscu publicznym.
- Wiesz coś o tym, gdzie powinno znajdywać się to stoisko? - zapytał brata, tradycyjnie polegając właśnie na Richardzie. Co w zasadzie powinno być zrozumiałe w tym przypadku. Jakie bowiem szanse miała mieć znajdująca się obok nich Lorien na znalezienie czegoś w tym tłumie, kiedy nie mierzyła nawet 150 centymetrów? Ano właśnie. - Dobrze byłoby mieć na to wszystko oko. Upewnimy się, że jest w porządku i możemy wracać.
Bo przecież poza tym jednym, nie trzymało ich tutaj zupełnie nic. A przynajmniej tak można było na ten moment założyć. Nie wiedzieli wszak o tym, że obok stoiska ze świecami oraz kadzidłami, znajdywało się kolejne - z alkoholem, który sygnowany był ich nazwiskiem. Nie mieli na ten temat zielonego pojęcia. I najpewniej nie odkryją tego jeszcze przez chwilę.
Rozglądając się po okolicy, dostrzegł znajomą postać przy jednym ze stoisk. Dalekiego krewnego, z którym w ostatnim czasie planował się spotkać. Choć może niekoniecznie z nim samym, a jego matką, ale... skoro trafiła się odpowiednia okazja, to aż szkoda byłoby z takowej nie skorzystać. Nawet jeśli miejsce niekoniecznie nadawało się do tego, żeby poruszać pewne tematy. Te ważniejsze. Istotniejsze.
- Spotkamy się przy rodzinnym stoisku, muszę z kimś porozmawiać. [/b]- poinformował żonę i brata, nie odrywając przy tym spojrzenia od Philipa, który stał przy czymś obrzydliwie, do bólu wręcz różowym. Aż chciało się zapytać czy właściciel tego stoiska, odpowiedzialna za nie osoba, był przy zdrowych zmysłach. Ugryzł się jednak w język. Powstrzymał od tego rodzaju komentarzy.
Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, po prostu się odłączył. Odszedł, kierując się do stoiska o nazwie Słodkości Nory Figg. Kiedy zaś znalazł się tuż obok Philipa, pozwolił sobie klepnąć go lekko w ramie, tym samym dając znać, że chciałby z nim porozmawiać.
- Philip? Dawno nie mieliśmy okazji się spotkać. - odezwał się zaraz, tym samym pozwalając mu stosunkowo szybko zidentyfikować to z kim miał do czynienia. Ot, z własnym kuzynem. Kuzynem nieco dalszym, ale nadal rodziną.