O tym, że natłok obowiązków potrafił być niekiedy zgubny, Robert wiedział jak nikt inny. Zarazem jednak daleki był od tego, aby się z tych doświadczeń tłumaczyć. O pewnych sprawach nie powinien mówić, przyznawać się do nich - o ile nie liczył przypadkiem na otrzymanie biletu na pociąg do Azkabanu. Takiego w pierwszej klasie. To wszystko rzecz jasna w przenośni, bo przecież oczywistym jest, że nie ma możliwości dostania się na wyspę akurat w taki sposób.
- Dawno nie byłem w teatrze. - westchnął, nagle zwracając na to uwagę. A przecież dawniej uwielbiał wizyty w tym miejscu. Podobnie jak przed laty jego matka, Robert starał się co jakiś czas teatr odwiedzić. - Lorien z pewnością to doceni.
Mógłby powiedzieć coś o tym, że kobiecie przyda się nieco rozrywki; że powinna mniej myśleć o swoich problemach, o stracie która ją dotknęła. Zwłaszcza, że przecież o tej rzekomej depresji pani Mulciber, w pewnych kręgach można było usłyszeć. Zniknęła na ponad dwa miesiące, a coś takiego nie mogło przejść bez echa. Robert jednak nie był człowiekiem, który wiele myślał o innych. Choć empatię potrafił niekiedy okazać, podobnie jak troskę o bliskich, tym razem na coś takiego sobie nie pozwolił.
Aczkolwiek czy można od człowieka oczekiwać, że o czymś takim będzie mówił otwarcie podczas Lammas? Wszak nigdy nie wiadomo komu będzie dane przypadkiem usłyszeć słowa, które nie były przeznaczone dla jego uszu.
- Tak. Właśnie tak. - przytaknął.
Można było się domyślić, założyć sobie, że bycie sportowcem i zdrowe odżywianie się, będą szły ze sobą w parze. To taka oczywista oczywistość. Jedno zdawało się wręcz idealnie pasować do drugiego. Nie było się do czego w tym przypadku przyczepić. Nie to, żeby Robert w ogóle zajmował się poszukiwaniem odpowiedniej do tego rzeczy.
- Raczej nie oczekiwałem, że coś mocniejszego będzie tutaj tak po prostu dostępne. - odpowiedział. Prawda była taka, że w przypadku takiego kiermaszu, Robert co najwyżej rozważałby obecność jakiś stoisk z możliwością degustacji. Nie spodziewał się, że mocniejszy alkohol byłby dostępny choćby w strefie gastronomicznej. Na to najpewniej nie zdecydowaliby się organizatorzy.
Ruszył razem z Philipem w kierunku południowych straganów. Skrzywił się, kiedy do jego uszu dotarł nieprzyjemny pisk mikrofonu. Wyglądało na to, że przedstawienie miało się za niedługo rozpocząć. Może uda mu się do tego czasu ewakuować z powrotem do własnego mieszkania? Raczej nie spodziewał się, żeby cokolwiek na kiermaszu zdołało zainteresować go na dłużej; na dłużej zatrzymać w tym miejscu.
- Zamieszanie? - zainteresował się, tym samym również zwracając uwagę na tłum, który zgromadził się przy jednym ze stoisk. Nie był w stanie przy tym zidentyfikować, do kogo to stoisko należało, ani co przy nim sprzedawano. Coś mu jednak podpowiadało, że warto było się tematem zainteresować. Tak dla pewności. Bo przecież właśnie po to przyszli tutaj z Lorien. Mieli sprawdzić jak idzie dzieciakom i upewnić się, że nie pozwolili sobie tutaj na zbyt dużo. - Podejdźmy. - odpowiedział na propozycję, kiwając przy tym głową.
I nie zamierzał się w tym przypadku ociągać. Znacząco przyśpieszył kroku, licząc na to, że całe to przedstawienie wcale go nie ominie. Zwłaszcza, że mogło ono okazać się prawdziwie interesujące. Kilka kroków pozwoliło mu zauważyć w tłumie pierwsze znajome twarze. Kolejne - pojedyncze litery, którymi opisane było jedno z tamtejszych stoisk. Wyglądało na to, że miało w nazwie... nazwisko? Jego nazwisko. Nazwisko Roberta Mulcibera. To zaś zdawało się potwierdzać, że musiał się tutaj zjawić; musiał to wszystko osobiście sprawdzić. Zobaczyć na własne oczy. Być może zainterweniować.
Pierwszym, co zobaczył, była nazwa Mulciber Moonshine. Dobrze już mu znana. Nie spodziewał się jednak, że w tym miejscu zobaczy... coś, co tak szybko straciło na znaczeniu. Nie zdołało na dłużej zatrzymać jego uwagi. Choć przecież czym jak czym, ale stoiskiem własnej córki zainteresować się powinien. Może nawet się wkurwić? Teraz jednak miało to dla niego znaczenie co najmniej drugorzędne.
Tylko dlaczego?
Nie chodziło już nawet o to drugie stoisko, na którym działo się coś skrajnie nieodpowiedniego, stanowiącego wręcz poniżenie dla ich rodziny. Jeszcze nawet tego nie zdążył do końca zarejestrować. Uwagę bowiem oderwało zdarzenie, którego stal się świadkiem. Na jego oczach, Philip Nott oberwał bowiem świecą w kształcie penisa.
Roberta dosłownie wmurowało. Stanął w miejscu, nie będąc w pierwszym momencie pewnym czy powinien na to zareagować. A jeśli tak, to w jaki sposób. Po prostu patrzył. Z szeroko otwartymi oczyma, starał się ze sobą połączyć wszystkie kropki. Zrozumieć, co się tutaj właśnie odpierdoliło. I cóż. Chyba jednak z jego mózgiem nie było w tym momencie wcale tak do końca dobrze. Czyżby się właśnie przegrzał? Przepaliły się w nim jakieś styki?
Dojście do siebie zajęło mu chwilę.
- Atreus? - zadał pytanie, bez trudu rozpoznając młodego mężczyznę, pochodzącego przecież z rodziny jego pierwszej, tragicznie zmarłej małżonki. Zabrzmiał tak jakby oczekiwał wyjaśnień. Jakiegoś wytłumaczenia dla tego zajścia. Zajścia, które w zasadzie wcale mu się nie podobało. Z kilku powodów. Skąd tu się wzięła świeczka w kształcie penisa? I dlaczego czymś takim musiał oberwać właśnie Philip?
Wyjaśnienie przyszło jednak stosunkowo szybko. Wystarczyło zwrócić uwagę na to, co działo się przy stoisku. Dziennikarz... którego już kiedyś spotkał? To on nie był historykiem? Moment niekoniecznie odpowiedni na tego rodzaju rozważania. Erik Longbottom, którego dało się rozpoznać z racji na to, iż od czasu do czasu gościł na łamach Proroka Codziennego oraz innych gazet. Victorie Lestrange kojarzył z racji na to, że na temat jej osoby od pewnego czasu sporo w pewnych kręgach rozmawiali. Miał pamięć do twarzy, a jej zdjęcie otrzymał przecież od syna. Wraz z ogólnymi informacjami odnośnie osoby jaką była.
Ciężkie westchnięcie opuściło jego usta, kiedy do całego tego zamieszania przyszło dodać jeszcze ten durny doping, który padł ze strony... Alexandra Mulcibera. I jakoś tak na jego widok miał ochotę zabrać tego jebanego penisa, którym chwilę temu oberwał Philip i po prostu wsadzić mu go prosto w mordę. Był jednak dorosłym, dojrzałym mężczyzną, któremu nie w głowie były... nie w głowie były takie rzeczy. Dokładnie tak.
Zamiast tego potarł więc dłońmi twarz, na szybko zastanawiając się nad tym co dalej. Co dokładnie należało w tej sytuacji zrobić. Bo przecież nie mógł tak po prostu patrzeć. Na to wszystko pozwalać. Zwłaszcza, że ich stoisko opuścił właśnie najwyraźniej oburzony tym wszystkim klient. Rozejrzał się raz jeszcze, dla pewności po najbliższej okolicy. Wyłapał wśród zgromadzonych tutaj ludzi Richarda.
Dobrze. Bardzo dobrze. Przynajmniej będzie miał w tym wszystkim wsparcie, kiedy przyjdzie mu do działania. Bo, że będzie mogł liczyć na jego pomoc - tego przecież mógł się spodziewać. To było równie oczywiste jak noc, która miała nastąpić po dniu. I dzień następujący zawsze po nocy.
Zdecydował się zostawić Philipa samego, wraz z Atreusem mieli zresztą dość czasu, żeby zareagować jakoś na jego obecność. Nie mógł sobie teraz pozwolić na to, żeby wyjaśniać cokolwiek, co dotyczyło ich sytuacji. Bez słowa zbliżył się do Charlesa, Leonarda, Isaaca i w zasadzie każdego, kto był w pobliżu tej trójki.
Odchrząknął, zwracając tym sposobem na siebie uwagę. Na swoje pojawienie się. Tak na wszelki wypadek, gdyby wciąż byli za bardzo zaaferowani tym, co właśnie odpierdalali podczas Lammas. Znajdując się w miejscu publicznym. Dla niego było to nie do pomyślenia.
- Charles, Leonard. - w pierwszej kolejności wypowiedział imiona bratanków. - Panie Bagshot. - nazwisko mężczyzny, którego miał już okazje spotkać praktycznie wycedził. Wyraźnie niezadowolony z tego spotkania. Z tej farsy, którą zdawał się bardziej jeszcze nakręcać. - KONIEC PRZEDSTAWIENIA. PROSZĘ SIĘ ROZEJŚĆ! - te słowa wypowiedział już na tyle głośno, że nie było szans, aby zebrane tutaj osoby niczego nie usłyszały. - A z wami... z wami porozmawiam w domu. Tym razem zaszło to za daleko. Nie wiem czy mój brat na takie wyskoki do tej pory nie reagował, ale ja nie zamierzam tego tolerować. - tutaj skupił się bardziej na Charlesie. Jemu poświęcił dużo więcej uwagi. Zaufał dzieciakowi. Pozwolił pracować. Dał szansę. W jaki sposób ten mu się za to odpłacał? Robert czuł się tym naprawdę mocno zawiedziony. - Zabieraj to... to gówno i po prostu wypierdalaj. Lepiej, żebym w najbliższym czasie nie oglądał Ciebie na oczy. - o ile w normalnych warunkach by się przed tym wszystkim powstrzymał. Starał się uniknąć przedstawienia. Tak obecne warunki do normalnych się nie zaliczały. A sam Robert zdążył już po prostu się na ten widok zagotować. I daleko było mu do tego mężczyzny, który był opanowany... w zasadzie zawsze. Nie przeklinał. Nie używał nieodpowiednich słów. Nie okazywał tak otwarcie swoich emocji. Również gniewu. Teraz jednak było tak, jakby przed chłopakami stał obcy człowiek. Zupełnie różny od tego, do którego mogli się przez ten ostatni miesiąc przyzwyczaić.