30.05.2024, 16:41 ✶
Południowe Stragany
Moody uśmiechnął się do swojej siostry szerzej.
- Jak tylko skończę, to spotkajmy się przy namiotach. Postaram się zerkać na scenę. Bo będziesz na pokazie, tak? - Upewnił się, chociaż po tym co mówił, oczywistym stało się, że jego uwaga będzie skupiona przynajmniej połowicznie na tym, co wyrywało go z objęć każdego - na pracy. Pracoholizm był przecież delikatnym ujęciem tego, jak Alastor żył - pracoholizm to przecież uzależnienie, to przymus, to coś niszczącego, przedkładanie pracy ponad wszystko, kosztem innych czynności - a to by znaczyło, że cokolwiek poza tą pracą miał. Ojciec wychował go na Aurora, śmierć matki uczyniła go bratem czującym stałą odpowiedzialność za swoją siostrę - takiego człowieka musiał pokochać Bott i Alastor wątpił, aby miała zdziwić go odpowiedź. - Nie. Spotkam się z wami późnej. - Bo wstyd go brał po tej Lithcie i strach po Beltane. Prawda była jednak taka, że tym, czego teraz potrzebował, był nacisk. Powiedzenie mu, żeby odpuścił - bo ona dopiero co wyszła ze szpitala, chciałby spędzić z nią więcej czasu, popatrzeć jak bryka i patrzy na świecidełka przyciągające jej uwagę, a to był tylko głupi kiermasz, mogli rozglądać się wokół we trójkę i wyszłoby na to samo co zawsze.
Przełknął ślinę.
- Może... na chwilę... - zawahał się nagle, ze skrępowaniem drapiąc się z tyłu głowy. No bo ostatecznie... to też nie było tak, że był aż tak obowiązkowy, ile razy go widzieli jak wpieprza na jakiejś Ostarze jabłka przysypiając z Ashling gdzieś na boku... Pewnie wystarczyłoby popieścić go jeszcze jednym słowem lub dwoma, bo tak się w nich zagapił, że nie zauważył ciosu świeczką prosto w czyjąś głowę, ale nie mógł przecież zignorować krzyku. Pierwszy krzyk - żeby kogoś mocniej bić.
- Idę - rzucił do nich, na nic więcej się nie zdobył i miał nadzieję, że rozumieli - chciał tu z nimi być, ale nie był też człowiekiem zdolnym do zignorowania czegoś takiego. Czuł odpowiedzialność za bezpieczeństwo zebranych. Normalnie wziąłby Millie ze sobą, ale ona dopiero co wyszła z Lecznicy. Wtedy też ruszył z miejsca, aby stać się świadkiem tychże zdarzeń. Minął spokojnie poruszających się czarodziejów, starając się zapamiętać ich twarze, chciał jednak dotrzeć do źródła głosu. Miał cichą nadzieję, że wszystko okaże się jednym, wielkim nieporozumieniem.
Drugi krzyk - głos jednego z Brygadzistów. Poczuł olbrzymi zawód.
- Łapy do góry. Obaj - wrzasnął do Hadesa i Alexandra, mierząc z różdżki do drugiego z nich (skoro Atreus trzymał pierwszego) całkowicie pewny, że nie dało się go kurwa przeoczyć, bo miał prawie dwa metry, mundur i ludzie mimowolnie na jego widok odsuwali się na boki. Była tu też masa jego bliskich znajomych i naprawdę nie sądził, że Victoria miała zablokować mu drogę.
fear is the mind-killer.