Czy ta sytuacja mogła być jeszcze gorsza? Może i Robert był starej daty. Może i był na punkcie pewnych rzeczy przewrażliwiony, ale... do jasnej cholery! To były kutasy! I to było ich rodzinne stoisko. Wszystko sygnowane nazwiskiem, o którym już i tak dało się powiedzieć wiele. I niekoniecznie chodziło w tym przypadku o dobre rzeczy. Obserwując wszystko, widząc wszystko, co działo się w tym miejscu, nie był w stanie zachować spokóju. Opanować nerwów, które nie bez przyczyny osiągnęły rozmiary niezbyt często spotykane. Bo choć o Robercie Mulciberze powiedzieć można było wiele złego, to cierpliwość miał momentami iście anielską. Większą niż można było się po nim spodziewać.
Niespokojne już wcześniej serce, z każdą kolejną chwilą zdawało się bić szybciej. Coraz mniej równo. Pojawiło się uczucie ciepła. Gorąca. Wyraźnie wyczuwalne zwłaszcza na twarzy. Szyi. W okolicach klatki piersiowej. Na skórze pojawiać zaczęły się z wolna pierwsze czerwone ślady. Za nimi kolejne. Wreszcie oddech. Coraz cięższy. Szeroko otwarte oczy. Świadomość tego, że działo się... działo się coś, co nie powinno mieć miejsca.
Spojrzenie poszukujące wśród zgromadzonych brata.
Ręce starające się oprzeć o stół.
I ból. Niezwykle silny ból, który pojawił się w klatce piersiowej. Zaatakował nagle. Niespodziewanie. Nigdy dotąd nie miał z czymś takim styczności. Nie był w stanie określić, co się z nim działo.
- R-rick? - wyrzucił z siebie, z pewnym trudem. Nie brzmiał dobrze.
Nie brzmiał normalnie.
Pobielały palce zacisnęły się na krawędzi blatu. Mocno. Miał wrażenie, że ledwie tylko zdecyduje się puścić stołu, wyląduje na ziemi. Nie będzie w stanie utrzymać równowagi. Ustać o własnych siłach.