01.06.2024, 17:27 ✶
Południowe stragany
Alastor przejechał spojrzeniem po wszystkich zebranych, rejestrując twarze, jakie były zamieszane w sprawę. Przyjął do wiadomości, że Basilius zajmował się rudą dziewczynką i na ten moment nie zagrażało jej nic innego niż jej durne życiowe decyzje.
Pierwszym zaklęciem, jakie rzucił Alastor było zaklęciem rozpraszającym na McKinnona. Bezskutecznym, niezależnie od pieprzonego wyniku. Niestety to nie była żadna klątwa ani urok, więc niezależnie od skutków - gówno. I jeszcze ten durny dziad miał czelność mówić, że ogarniał jakiś temat, ale Alastor nawet nie będąc bliskim przyjacielem Atreusa darzył go szacunkiem, więc naprawdę nie miał powodu, aby w pierwszej chwili zakładać, że facet nie miał powodu go trzymać.
- Od tej chwili jesteś na służbie - poinformował go otwarcie - bo musisz dostarczyć tego durnia - skinął na Hadesa - do Ministerstwa, jeśli łaska. - Nie musiał chyba dodawać, że zamierzał się za to Atreusowi jakoś odwdzięczyć, a nie szło też ogarnąć tego w pojedynkę i liczył tu choćby na cień zrozumienia. Zwłaszcza że sam by w czymś takim pomógł od razu.
- McKinnon, gdzie jest twój dzisiejszy partner? - Zapytał, przesuwając się w kierunku Alexandra, którego złapał ręką, ale jeszcze nie w drastyczny sposób. Nie pozwolił mu osunąć się na ziemię ani pognać w kierunku Hadesa, a już w szczególności uderzyć w przypadkowym szale biedną Bulstrode, która została tutaj wywołana. - Florence - skinął do niej głową i chciałby dodać: dobrze cię widzieć, ale tego nie dodał, zamiast tego upewnił się, że Mulciber mu się nie wyrwie ani na nią nie zwymiotuje. - Dociera do ciebie, co mówię - ty jebany kurwa debilu - Mulciber?
W tej scenie słowa Philipa brzmiały jak brzęczenie irytującej muchy.
- Proszę pana, jestem tutaj sam, czy może pan skierować się w okolice strefy gastronomicznej i poprosić o pomoc przebywających tam czarodziejów? - Zasugerował, pamiętając przebywających tam znajomych. Od razu przypomniały mu się niezbyt ciekawe czasy pracy w Brygadzie. Nie miał kurwa pojęcia, jak Brenna znosiła takie głupoty i dalej potrafiła się uśmiechać. - Może pan chodzić? - Nie był na niego zdenerwowany, ale nie dało się zignorować, że... cóż, był cholernie szorstkim w obyciu człowiekiem. Miał dobre serce, ale nawet nie próbował sprawiać wrażenia miłego.
Nie rzucam kością na rozproszenie, bo niezbyt widzę w tym sens (ale jak ci zależy, to mogę, chociaż nie wiem, jak to odczytamy, na to jak mocno magia pogilgotała cię po jajach?)... Mogę dorzucić na aktywność fizyczną jeżeli Alexander chce się wyrywać (daj mi znać).
fear is the mind-killer.