30.12.2022, 12:52 ✶
Otworzył oczy, kiedy promienie słońca przelewały się przez chmury. Nie widział ich. W pokoju panowała idealna ciemność. Nie musiał ich widzieć. Czuł je pod swoją skórą, instynktownie. Skrobało od wewnątrz czaszkę, informując, że wyjście na zewnątrz jest złym pomysłem. Ale to z drugiej strony nie tak, że wyczuwał konkretnie słońce. Jego Bestia uważała za całkowicie niepoprawne jakiekolwiek pokazywanie się na zewnątrz, dopóki księżyc nie górował na ciemnym niebie. Wtedy mruczała z zadowolenia, zwłaszcza kiedy dostarczał jej pożywienie, a potem zasypiała na krótkie chwile. Dopóki nie pojawił się element, który sprawiał, że lśniły oczy, że ekscytacja wzbierała w ciele i obejmowała je niecierpliwością i pragnieniem tak silnym, że… Wczoraj, gdyby nie odciągnęli go od tamtego mężczyzny to rozerwałby mu gardło. Było do tego tak niepokojąco blisko… Widział to dopiero dziś. Tak jak w zupełnie innej części Anglii Victoria leżała i analizowała to, co wczoraj się wydarzyło, tak on leżał i spoglądał na to, co się działo w… naprawdę dobrym wieczorze. Czy to dlatego, że Victoria tak niewiele się odzywała i nosiła na sobie tę maskę oklumencji? O zgrozo, w jego mózgu pojawiła się nawet myśl, że była niezłym towarzystwem. Nie, nie, nie i jeszcze raz NIE. Wymaż to z głowy, nie myśl tak o tym, zapomniiij..! Przekręcił się na bok.
Zapomnieć się nie dało.
To, co działo się w barze to było jedno. To, co działo się po nim - drugie. Potwierdzenie i pieczątka, że wystarczyło tylko troszkę bardziej postarać i nie być takim chujkiem i można naprawdę niezłą relację nawiązać. Może to jednak nie był taki zły pomysł..? Posiadanie, hm… jeśli nie przyjaciółki to chociaż dobrej znajomej we własnym domu? Osoby, którą formalnie będzie przedstawiać jako żonę. Przecież i tak daleko byś nie zajechał z takim zachowaniem, Sauriel. Przecież to nie miało sensu. Uparta walka z czymś nieuniknionym, bo teraz i tak było za późno. Nie była na tyle pijana, żeby nie zobaczyć, że nie musisz być chujem, a też wszystko zwalać na karby alkoholu? No pewnie, zrobisz to.
Wszystko jednak dało się zrobić potem. Bo chociaż kac nie doskwierał (tylko ten moralny, bo był zbyt miły). Wszystko MUSIAŁO zostać wykonane potem. Po tym, jak napełni swój brzuch, bo czuł suchość w ustach, niepokój i prawie jak w delirium miał wrażenie, że zaczynają drżeć mu ręce.
Na tym łez padole, jak to Sauriel lubił mówić o świecie, było wystarczająco pojebanych ludzi, żeby sprowadzenie posiłku do własnego domu nie było takim problemem. Nie kiedy dbał o systematyczność, dbał o to, żeby jednak ten głód nie był szalony. Był zawsze obecny, nigdy nie znikał, ale dało się go kontrolować, dopóki był pilnowany. Dziwki zaś miały to do siebie, że nie dość, że miały przedziwne fetysze, na tyle obrzydliwe, że Sauriel nawet nie chciał o nich myśleć, to dodatkowo gotowe były zrobić niemal wszystko, żeby zarobić. I mean - come on. Spełniały pewnie zachcianki o wiele bardziej pojebane niż to, że Sauriel użyczał sobie ich szyjki od czasu do czasu… Sprzedaż ciała to sprzedaż ciała, right?
Victorię powitał majordomus w drzwiach informujący, że Pani Anny i Pana Eryka w domu nie ma. Zapytany jednak o Sauriela potwierdził, że jest, ale… tutaj w “ale” mogłoby być tysiące powodów, dla których mógłby nie wpuścić kobiety do wnętrza, ALE jej imię i nazwisko te drzwi otwierało. Otwierało ich całkiem sporo. W końcu była aurorem. Co jednak ważniejsze - tutaj była narzeczoną, jakby na to nie patrzeć, spadkobiercy majątku. Została zaproszona do wnętrza i zapytana, czy czegoś się napije, że mają wyśmienitą herbatę (no bo co innego…), a w końcu też zapytana, czy ma poprowadzić panienkę do panicza, czy może sprawa jest pilna, coś mu przekazać, albo go sprowadzić?
Tak, sprawa była pilna - przynajmniej dla niej. Jednak nie na tyle, by na środku korytarza zadawać niewygodne pytania, prawda?
Majordomus poprowadził kobietę po schodach do piwniczki. Spokojnie, nie takich schodach skrytych nie wiadomo gdzie, które wyglądały tak, jakby mężczyzna planował jej pokazać kotki. Szerokie zejście po schodach, oświetlone, na dole zaś rozejście na pokoje, przy czym w głównej sali stała sofa, dywan, wszystko było przystrojone i gotowe do tego, by kogoś tu ugościć… po coś. Miejsce nieezwykle wygodne, wyciszone i macie moje słowo - obłożone zaklęciami.
- Tędy, proszę. - Majordomus wskazał drzwi, ale nadal prowadził. Dosłownie kilkanaście kroków, by zbliżyć się do zamkniętych drzwi. Nie było mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Już przy zbliżaniu się było słychać dobiegającą stamtąd muzykę. Mężczyzna zapukał. - Paniczu, ma pan gościa. Panienka Lestrange przyszła panicza odwiedzić.
Muzyka na momencik, sekundę, ucichła, kiedy Sauriel uniósł dłoń, by magią otworzyć drzwi. I jego palce zaraz wróciły do gitary.
W pokoju panował półmrok. Rozjaśniony tylko kilkoma palącymi się świecami pokój nawet pasował do Sauriela. Pomieszczenie nie było jakieś duże, ale co najważniejsze - zadbano o to, by miał dobrą akustykę. Sauriel siedział naprzeciwko drzwi, na dwuosobowej, skórzanej kanapie. Obok stał niewielki stolik z popielniczką, pomieszczenie śmierdziało fajkami na wskroś. Przed Saurielem stał stolik kawowy, o który mężczyzna właśnie opierał swojego buciora, po obu stronach tego stolika stała kolejno druga taka dwuosobowa kanapa i fotel do kompletu. Na ścianie łatwo było namierzyć ujęte w ramki… obrazy? Niee do końca. Jeden był rękodziełem jakiegoś utworu, tekstem, może wierszem. Inny zapisem nut. Jeszcze inny był wycinkiem z gazet - o Woodstocku. Było tu nawet jedno zdjęcie jakiegoś zespołu. Zorientowany w muzyce wiedziałby, że to The Beatles. W rogu stały głośniki. O ścianę, na stojaku, stały dwie kolejne gitary, w tym jedna elektryczna. Ta, którą trzymał Sauriel, akustyczna, była stara. Naprawdę stara - było to po niej widać, że niejedno przeszła. Razem ze swoim właścicielem.
Sauriel nie przywitał się w pierwszej chwili, nie wstał, nie przestał grać. Spoglądał ponurym spojrzeniem na Victorię, która pojawiła się kolejny raz w progach jego domu. Tym razem nieproszona. Niezapowiedziana. I… zdecydowanie za szybko po wczorajszej eskapadzie. Majordomus pokłonił się i zapewnił, że gdyby był potrzebny - wystarczy zawołać.
W pomieszczeniu było naprawdę zimno.
Zapomnieć się nie dało.
To, co działo się w barze to było jedno. To, co działo się po nim - drugie. Potwierdzenie i pieczątka, że wystarczyło tylko troszkę bardziej postarać i nie być takim chujkiem i można naprawdę niezłą relację nawiązać. Może to jednak nie był taki zły pomysł..? Posiadanie, hm… jeśli nie przyjaciółki to chociaż dobrej znajomej we własnym domu? Osoby, którą formalnie będzie przedstawiać jako żonę. Przecież i tak daleko byś nie zajechał z takim zachowaniem, Sauriel. Przecież to nie miało sensu. Uparta walka z czymś nieuniknionym, bo teraz i tak było za późno. Nie była na tyle pijana, żeby nie zobaczyć, że nie musisz być chujem, a też wszystko zwalać na karby alkoholu? No pewnie, zrobisz to.
Wszystko jednak dało się zrobić potem. Bo chociaż kac nie doskwierał (tylko ten moralny, bo był zbyt miły). Wszystko MUSIAŁO zostać wykonane potem. Po tym, jak napełni swój brzuch, bo czuł suchość w ustach, niepokój i prawie jak w delirium miał wrażenie, że zaczynają drżeć mu ręce.
Na tym łez padole, jak to Sauriel lubił mówić o świecie, było wystarczająco pojebanych ludzi, żeby sprowadzenie posiłku do własnego domu nie było takim problemem. Nie kiedy dbał o systematyczność, dbał o to, żeby jednak ten głód nie był szalony. Był zawsze obecny, nigdy nie znikał, ale dało się go kontrolować, dopóki był pilnowany. Dziwki zaś miały to do siebie, że nie dość, że miały przedziwne fetysze, na tyle obrzydliwe, że Sauriel nawet nie chciał o nich myśleć, to dodatkowo gotowe były zrobić niemal wszystko, żeby zarobić. I mean - come on. Spełniały pewnie zachcianki o wiele bardziej pojebane niż to, że Sauriel użyczał sobie ich szyjki od czasu do czasu… Sprzedaż ciała to sprzedaż ciała, right?
Victorię powitał majordomus w drzwiach informujący, że Pani Anny i Pana Eryka w domu nie ma. Zapytany jednak o Sauriela potwierdził, że jest, ale… tutaj w “ale” mogłoby być tysiące powodów, dla których mógłby nie wpuścić kobiety do wnętrza, ALE jej imię i nazwisko te drzwi otwierało. Otwierało ich całkiem sporo. W końcu była aurorem. Co jednak ważniejsze - tutaj była narzeczoną, jakby na to nie patrzeć, spadkobiercy majątku. Została zaproszona do wnętrza i zapytana, czy czegoś się napije, że mają wyśmienitą herbatę (no bo co innego…), a w końcu też zapytana, czy ma poprowadzić panienkę do panicza, czy może sprawa jest pilna, coś mu przekazać, albo go sprowadzić?
Tak, sprawa była pilna - przynajmniej dla niej. Jednak nie na tyle, by na środku korytarza zadawać niewygodne pytania, prawda?
Majordomus poprowadził kobietę po schodach do piwniczki. Spokojnie, nie takich schodach skrytych nie wiadomo gdzie, które wyglądały tak, jakby mężczyzna planował jej pokazać kotki. Szerokie zejście po schodach, oświetlone, na dole zaś rozejście na pokoje, przy czym w głównej sali stała sofa, dywan, wszystko było przystrojone i gotowe do tego, by kogoś tu ugościć… po coś. Miejsce nieezwykle wygodne, wyciszone i macie moje słowo - obłożone zaklęciami.
- Tędy, proszę. - Majordomus wskazał drzwi, ale nadal prowadził. Dosłownie kilkanaście kroków, by zbliżyć się do zamkniętych drzwi. Nie było mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Już przy zbliżaniu się było słychać dobiegającą stamtąd muzykę. Mężczyzna zapukał. - Paniczu, ma pan gościa. Panienka Lestrange przyszła panicza odwiedzić.
Muzyka na momencik, sekundę, ucichła, kiedy Sauriel uniósł dłoń, by magią otworzyć drzwi. I jego palce zaraz wróciły do gitary.
W pokoju panował półmrok. Rozjaśniony tylko kilkoma palącymi się świecami pokój nawet pasował do Sauriela. Pomieszczenie nie było jakieś duże, ale co najważniejsze - zadbano o to, by miał dobrą akustykę. Sauriel siedział naprzeciwko drzwi, na dwuosobowej, skórzanej kanapie. Obok stał niewielki stolik z popielniczką, pomieszczenie śmierdziało fajkami na wskroś. Przed Saurielem stał stolik kawowy, o który mężczyzna właśnie opierał swojego buciora, po obu stronach tego stolika stała kolejno druga taka dwuosobowa kanapa i fotel do kompletu. Na ścianie łatwo było namierzyć ujęte w ramki… obrazy? Niee do końca. Jeden był rękodziełem jakiegoś utworu, tekstem, może wierszem. Inny zapisem nut. Jeszcze inny był wycinkiem z gazet - o Woodstocku. Było tu nawet jedno zdjęcie jakiegoś zespołu. Zorientowany w muzyce wiedziałby, że to The Beatles. W rogu stały głośniki. O ścianę, na stojaku, stały dwie kolejne gitary, w tym jedna elektryczna. Ta, którą trzymał Sauriel, akustyczna, była stara. Naprawdę stara - było to po niej widać, że niejedno przeszła. Razem ze swoim właścicielem.
Sauriel nie przywitał się w pierwszej chwili, nie wstał, nie przestał grać. Spoglądał ponurym spojrzeniem na Victorię, która pojawiła się kolejny raz w progach jego domu. Tym razem nieproszona. Niezapowiedziana. I… zdecydowanie za szybko po wczorajszej eskapadzie. Majordomus pokłonił się i zapewnił, że gdyby był potrzebny - wystarczy zawołać.
W pomieszczeniu było naprawdę zimno.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.