Lordowie Ciemności (tacy jak on) poznawali mizerny świat ludzki z takiej perspektywy, z jaki powinien być postrzegany. Czyli z góry. Koty miały to w genach, musiały patrzeć na robaki tak, żeby wiedziały, że są robakami. Tak samo patrzył Sauriel na Pokątną. Był bliski wyprzedzenia swojej epoki i powiedzenia: "PATRZ, LORRAINE. TO JEST LWIA ZIEMIA!", lecz na szczęście nie. Obyło się bez tego. Co najwyżej przed tym było zapewnianie Białej Wdowy, że "no cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie!" Romantyzm miał wiele oblicz, w tym wypadku był pławieniem się w blasku księżyca i podziwiania, jak to ludzie potrafią znaczyć kompletne nic, kiedy patrzyłeś na nich z tej odległości. Stanley by to docenił. I doceniłby to, jak zajebiście wyglądał Lord Ciemności Rookwood I tego tytułu, ale jego tutaj nie było. Musiała więc docenić Lorraine. Musiała, bo inaczej zrzuciłby ją z tego dachu i upewnił się, że złamała kark. Z rękoma zaplecionymi na klatce piersiowej na brzegu zadaszenia przyglądał się przez moment zbiorowisku, szczególnie temu, co działo się przy stanowisku Mulciberów. Kto tam dokładnie się napierdalał nie wiedział. Szkoda, że nie ja - stanowiło jedyne podsumowanie oprócz szczerzenia w zadowoleniu wampirzych kłów.
- Chodź idziemy się pobawić. - Też się pobawić, albo "razem" się pobawić? Z tych melin na Nokturnie tutaj była krótka droga - krótsza niż z piwnicy w sąsiedztwie Czarnego Pana, który, swoją drogą, był bardzo dobrym lokatorem, bo cichym. Śmigał po całej rezydencji jakby był muszką owocówką wśród irytujących muszysk o zielonych odwłokach, których każdy się brzydził bo jak nie siadały na gównie to na trupach. Definicja "chodźmy się pobawić" była całkowicie luźna i zaczęła się od tego: - Słuchaj nie mam jeszcze licencji na teleportację, więc poćwiczę na tobie. - Ewentualne rozszczepienia więc wliczały się w kunszt zabawy Sauriela i niekoniecznie był tutaj jakikolwiek czas na polemikę. Czarny Kot złapał od razu dłoń Lorraine i nie czekając na zaparcie tchu w piersi ani na żadne "ale" - przeniósł ich w dół. Bezpiecznie, w alejkę, żeby dopiero tam dumnym krokiem móc wkroczyć wśród bawiących i tych kurwiących. Bo jedni się rzeczywiście bawili na straganach, a byli też tacy, co kurwili, że w ogóle je otworzyli. Albo że ktoś postanowił się pobić akurat przy nich. - Chyba nic ci nie urwałem. - Ocenił, spoglądając na piękną niewiastę przy jego boku - byłaby to okropna strata... na szczęście się udało. I Sauriel był z tego powodu bardzo z siebie zadowolony. Puścił jej dłoń. Miał tę posturę tego złego człowieka, który z tego tłumu zaraz wyciągnie jakąś nadobną niewiastę liczącą na coś więcej, który zaraz przyjebie komuś w ryja - ubrany w tę czerń, w skórę, z ciężkimi buciorami i kolczykami w uszach, z roztrzepanymi, czarnymi włosami. - Ciekawe, co to za pizdy się tam naparzają. - Niby ciekawe, ale wcale nie chciał sprawdzać. Bo po co? Czy na tym targu w ogóle był ktoś, kto byłby wart, żeby Czarny Kot mu przyjebał? Sauriel odpalił fajkę różdżką i schował ją z powrotem do kieszeni. Machnął głową, że w sumie mogą iść, mogą się rozejrzeć, ale Lordowie Ciemności zawsze znajdą jakieś poważne sprawy, którymi muszą się zająć...
- ... kotek! - To był jeden ruch, jeden skok? Cokolwiek to było sprawiło, że Sauriel w jednej sekundzie stał koło Lorraine, a w drugiej już trzymał niebieskiego kocura w swoich ramionach kucając na ziemi i ciężko powiedzieć, kto robił do kogo słodsze oczka - kot do Sauriela czy Sauriel do kota miziający go po brzuszku.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.