04.06.2024, 15:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 15:49 przez Diana Mulciber.)
Na spotkania towarzyskie Diana Mulciber nigdy nie przychodziła o czasie, tym bardziej jeśli były one towarzyskimi spotkaniami z płcią męską, wobec której snuła szemrane plany. Nie miała pojęcia jak dobrze Desmond Malfoy operował językiem wysublimowanych godów, jak dobrze odnajdywał się w świecie abstrakcyjnych, niepisanych zasad, dwuznacznych spojrzeń oraz wykraczających poza wersy metafor. Nie oczekiwała wiele po młodzieńcu, o którym wiedziała właściwie tyle, że skończył szkołę i nie był uwikłany do tej pory w żaden publiczny skandal, o którym słyszeć mogłaby londyńska socjeta.
— Przebacz mi proszę drogi Desmondzie — kajała się z teatralną egzaltacją pozbawioną szczerej skruchy, gdy tylko dotarła na miejsce. Świdrującymi ślepiami przetaksowała jego sylwetkę, wieńcząc swoją lotną analizę urokliwym uśmiechem. Cokolwiek ujrzała, ewidentnie sprawiło, iż oczy jej zabłysły tajemniczą poświatą.
— Och, oczywiście. Pospieszmy się — odparła, jakoś trawiąc rozbawienie, które chciało rozbujać jej gardło. Nie przywykła do utraty czegokolwiek, czego dało się obrzucić galeonem oraz kupić. Mulciber się nie odmawiało, Mulciber się nie przepędzało...och, chyba że była akurat bardzo niegrzeczna, ale tego Desmond nie musiał się dzisiaj obawiać. Nie znała go na tyle dobrze, aby swobodnie ćpunować i wciągać kokainę w przerwach między przystawkami.
— Może być i mus. Resztę wybierz sam — stwierdziła, oprószona cieniem zobojętnienia, które wnet odcumowało od brzegu, gdy tylko w jej ręce wpadła karta win. Od razu zamówiła butelkę dobrego Chardonnay, bo jeśli na czymś cenionym towarzysko miała się znać, to na trunkach.
— Wiesz dlaczego do ciebie napisałam, prawda? — zapytała, a jej zęby na ułamek sekundy błysnęły w szerokim, drapieżnym uśmiechu. W międzyczasie, wysunęła bibułkę papierosa i wetknęła ją między miękkie wargi, czując niedługo później na ich wzniesieniach lekkie, przyjemne ciepło. Obserwowała sterylność obecnego pejzażu, zaciągając się gryzącym gardło tytoniem, a kłęby dymu wypuszczane przez wargi zasnuwały przed nią jego sylwetkę szarością przypominającą gardziel pogorzeliska.
Ktoś mógłby uznać jej motywacje za błahe, niepoważne, impulsywne, może wręcz zniecierpliwione.
Ale nie ona.
— Przebacz mi proszę drogi Desmondzie — kajała się z teatralną egzaltacją pozbawioną szczerej skruchy, gdy tylko dotarła na miejsce. Świdrującymi ślepiami przetaksowała jego sylwetkę, wieńcząc swoją lotną analizę urokliwym uśmiechem. Cokolwiek ujrzała, ewidentnie sprawiło, iż oczy jej zabłysły tajemniczą poświatą.
— Och, oczywiście. Pospieszmy się — odparła, jakoś trawiąc rozbawienie, które chciało rozbujać jej gardło. Nie przywykła do utraty czegokolwiek, czego dało się obrzucić galeonem oraz kupić. Mulciber się nie odmawiało, Mulciber się nie przepędzało...och, chyba że była akurat bardzo niegrzeczna, ale tego Desmond nie musiał się dzisiaj obawiać. Nie znała go na tyle dobrze, aby swobodnie ćpunować i wciągać kokainę w przerwach między przystawkami.
— Może być i mus. Resztę wybierz sam — stwierdziła, oprószona cieniem zobojętnienia, które wnet odcumowało od brzegu, gdy tylko w jej ręce wpadła karta win. Od razu zamówiła butelkę dobrego Chardonnay, bo jeśli na czymś cenionym towarzysko miała się znać, to na trunkach.
— Wiesz dlaczego do ciebie napisałam, prawda? — zapytała, a jej zęby na ułamek sekundy błysnęły w szerokim, drapieżnym uśmiechu. W międzyczasie, wysunęła bibułkę papierosa i wetknęła ją między miękkie wargi, czując niedługo później na ich wzniesieniach lekkie, przyjemne ciepło. Obserwowała sterylność obecnego pejzażu, zaciągając się gryzącym gardło tytoniem, a kłęby dymu wypuszczane przez wargi zasnuwały przed nią jego sylwetkę szarością przypominającą gardziel pogorzeliska.
Ktoś mógłby uznać jej motywacje za błahe, niepoważne, impulsywne, może wręcz zniecierpliwione.
Ale nie ona.
Chwasty trzeba wyrywać.