Oo kotek jaki śliczny, ładny taki niebieeeskiii..! W jak szybkim tempie można stracić zainteresowanie kobietą? Nawet kiedy jest piekielnie piękną wiłą? Właśnie w takim. W tempie: kotek na horyzoncie. Rzecz jasna Sauriel był bardzo szanującym się postrachem Nokturnu i nigdy (NIGDY) by się nie odważył postawić swojej reputacji na szwank, ale niektóre rzeczy były instynktem. Jeśli ich nie zrobisz, to kurwa na bank umrzesz (a Rookwood się znał na umieraniu, umarł już przynajmniej raz). Taką rzeczą było głaskanie kota. To znaczy... tego kota na czterech łapach, bo w szerszej perspektywie głaskanie Sauriela groziło śmiercią przy nadmiernym nadużywaniu tego przywileju. Nie ważne! Ważna była wyciągnięta prawda: głaskanie = śmierć! ... czekaj, co?
Kocur wcale nie był taki chętny do zostawiania na rękach, chociaż był ewidentnie zdziwiony tym, że jakiś większy od niego Kot na niego skoczył i nie miał z nim szans w siłowej potyczce. Kiedy zaczął się szamotać bardziej to złapał go bez kozery za kark, żeby go unieruchomić i byłby go odłożył na bok, żeby sobie kicał dalej, kiedy usłyszał jakże znajomy głos, który od razu przywołał do siebie jego uwagę i wzrok.
- Victoria! - Rzadko kiedy zwracał się do niej po imieniu, to było właśnie to "rzadko kiedy". Miała minę nietęgą, albo skupioną? Zanim dobrze się nad tym zastanowić to ta mała żmija (zwana dalej Lorraine) zaczęła wyrzucać z siebie te mądrości. Sauriel poruszał ustami w bezgłośnym "ple ple ple", dojrzale przedrzeźniając koleżankę, kiedy podniósł się ze słowiańskiego przykuca (opanowanego od kolegów z nokturnowej mafii Legia Warszawa) i wyciągnął kocura w jej kierunku, żeby jej ślicznotkę oddać. - Nic sobie nie zrobił. - Zapewnił kobietę, bo wyglądała na zdenerwowaną. Być może ucieczką kota, a może tym, że po raz kolejny jest jakaś bójka na święcie. Dopiero wtedy zwrócił chmurny wzrok na Lorraine. Udało się jej, podkurwiła go i rzeczywiście coś się w nim przekręciło i coś próbowało zdechnąć - i chyba było to poczucie dobrego humoru. Gdyby oczy mogły zabijać... ale nie mogły. - Skleisz pizde czy to tobie życie niemiłe? - Zapytał w końcu grzecznie i kulturalnie, jak na dżentelmena przystało. Ale nawet słówkiem się nie zająknął ani nie zaprzeczał, ani nie bronił się przed tymi wszystkimi insynuacjami. Nawet w połowie nie był taki wkurwiony, jak potrafił bywać. Spiął się za to, oj tak. Dokładnie tak samo jak w ich pierwszym spotkaniu po latach, kiedy zeszło na pogawędkę o Victorii.
- Na pewno nie Śmierciożercy. - To miał być taki żarcik, ale właściwie... po jego wypowiedzeniu Sauriel już sam wiedział, że nie wyszedł. Może gdyby powiedział to z większym entuzjazmem, a nie pomrukiem, którego większość ludzi nie chciała słyszeć w ciemnych uliczkach to... MOŻE WTEDY. Niestety był tylko biednym, pokrzywdzonym sobą. Dobrym chłopakiem, ale pogubionym, jak to niektórzy miło o nim mówili. Sam jednak spojrzał na Victorię ciekaw mniejszej albo większej opowieści. A kiedy ta się skończyła... - Zajebiście, to teraz idziemy się nawpierdalać czegoś słodkiego. - Machnął zapraszająco ręką w kierunku Victorii.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.