Miło było zostać uznanym za kogoś więcej niż zwykłego dachowca, ale w swoim własnym wyobrażeniu był niczym więcej jak takim właśnie dachowcem. Nie uważał tego za ujmę, wręcz przeciwnie. Był dumny z tego, że między rasowymi kocurami i kotkami z wybiegu, z ułożonym włosiem i wstążeczkami między uszami, był dachowcem o potarganym futrze. Płynęła w nim ta sama krew, ale wcale nie chciał siedzieć z tymi śliczniutkimi paniczykami i wymuskanymi panienkami - wolał to miejsce, w którym cuchnęło, gdzie w knajpach czułeś tylko kwaśny smród alkoholu, a wszystko zagłuszałeś spalonymi fajkami, którym daleko było do najlepszej jakości nawet pomimo tego, że biedy się nie klepało. Mimo tego rozjazdu zgodność była w tym punkcie, gdzie zdecydowanie nie chciał być nazywany Kwiatuszkiem... chociaż gdyby nazwała go tak Victoria to pewnie tylko by dziwnie spojrzał. Bo gdyby nazwała go tak Lorraine? Oj nie, nie. Wtedy naprawdę uwierzyłaby w Boga, bo musiał istnieć chociaż on, skoro Diabeł trzymałby ją za gardło. Przynajmniej w swoim idealnym świecie, w którym wybaczał znajomym trochę więcej tak by to wyglądało. Zadziwiająco duża ilość rzeczy między nim i blondynką toczyła się tylko w głowach. Z drugiej strony - Sauriel miał patetyczne skłonności do tego, żeby jedno mówić, a inne robić i misz masz w głowie murowany. Tylko potem trzeba będzie znowu robić porządki w głowie, by wrócić do błogosławionej, idealnej pustki.
Prychnął, uhahany na to "dużo gorzej", bo przecież Skarbie, nie ma nic gorszego niż JA, ale ten żarcik już sobie dopowiedział w zaciszu własnej głowy. Pewnych rzeczy lepiej na głos nie wypowiadać, co najwyżej wtedy, kiedy był razem ze Stanleyem w melinie Głębinie i mógł ich słyszeć co najwyżej Francis, który słyszał już tyle pierdół, że nawet gdyby ktoś tego barmana złapał i zaczął go przepytywać to gość sam by nie wiedział, co jest prawdą a co tylko fuszerką czy durnymi żartami ich dwójki. Bycie debilem czasami miało swoje propsy. Miało też consy, ale o tych nie dzisiaj. I w ogóle - nigdy.
Tak czekał na tę przypowieść no i była jaka była - okej, typ akurat miał świeczkę, tych nigdy nie brakowało na takich imprezach, jak ta. To jacyś nawiedzeńcy, to kowen, to jacyś Mulciberowie się wpierdolą. Tak i nie zaskoczyła, że to akurat było przy stanowisku Mulciberów. Jego ulubionych Mulciberów? Nie ważne, miał słabość chyba do każdego Mulcibera, chyba każdy był tak pojebany, że niekochanie ich mijało się z jego wizją tego świata. To, że kochanie Sauriela bolało, to już inna sprawa. Relacje zazwyczaj trzeba ocieplać pięściami, tak uczył go Stanley. A jeszcze przed Stanleyem Erik. Złapał kota w ręce i potrzymał go. Chyba się uspakajał - ten Kwiatuszek. Dużo ludzi chciałoby, żeby miał tak delikatny dotyk jak teraz, kiedy trzymał tego kota. Jego łapska przecież mogłyby go zgnieść. Nic by z kocura nie zostało - ledwo wspomnienie. No dobra - i ciało. A tymczasem kocur wąchał jego rękę i wyciągał nochal w górę, już bardziej uspokojony. Skupiłby się na kocie cały i zadowolony, gdyby nie to, że jednak podniósł wzrok jak Victoria coś wyciągnęła z torby i... był to penis. Sauriel aż wywalił oczy, a jego twarz wyszczerzyła się w głupkowatym i pełnym niedowierzania uśmiechu.
- Pierdolisz. - Spojrzał na twarz Victorii, ale ta była poważna. I chociaż twarz Victorii często potrafiła być poważna, kiedy żartowała, to jak się poprawiła z tym CHYBA Roberta Mulcibera... no nie żartowała sobie. Ewidentnie nie żartowała i w dodatku miała ciąg dalszy tej pasjonującej historii - historii, w której Atreus Bulstrode przyjebywał w twarz Philipowi Nottowi. Spojrzał na Lorraine, która stała teraz z tym kutasem w ręku i niedowierzał. Większość facetów byłaby bardzo smutna, że to nie jego kutas wędruje z ręki do ręki, a złośliwa część Sauriela dodałaby, że z takimi dwiema to strach - jedna zimna (podobno), a druga żmija - nie wiesz, czy ci kłów zaraz nie wbije. Nie wsadza się penisa do paszczy lamparta, prosta zasada. Na szczęście Sauriel miał co najwyżej takie myśli żartobliwie w głowie (albo nieszczęście?), bo popęd seksualny i za życia ni to go grzał, ni to go pieścił, a przy nieżyciu już zupełnie był wolny od tych ludzkich odruchów podniecenia i pragnienia ciała. To jest - ciała pragnął. Tylko niekoniecznie w takim sensie, w jakim kobiety chciałyby wzbudzać pragnienie. - Czuję, że dołączę do tej wiary jako jej templariusz. - Okładanie ludzi penisami w imieniu boskiej sprawiedliwości brzmiało tak pojebanie, że Sauriel niemal MUSIAŁ zaliczyć (heh) to w swoim życiu.
- Przyjemności po godzinach, Matko Chrzestna. - Uśmiechnął się do niej przepięknie i wziął od niej świeczkę, żeby z ciekawością się jej przyjrzeć. To naprawdę ktoś miał fantazję... - Ciao, bella~. - Rzucił za nią i jeszcze jej pomachał świeczkowym fallusem wysoko w górze, tak, żeby na pewno przechodzący najbliżej ludzie zwrócili na ten piękny artefakt uwagę. - - Chciałem namówić Gusto, żeby takie świeczki nam zrobił do rytuału. - Uśmiech do Victorii już naprawdę był wesoły. - Ale niestety mój kuzyn spękał. - Oddał jej kota. - To zmieniam zdanie, idziemy na zimne peniski, ale kierunek ten sam. - To jest: lody. - Ja stawiam, bo mi już nie stanie. - Złapał Victorię za dłoń i poprowadził do stoiska Nory.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.