02.01.2023, 16:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2023, 19:05 przez Sauriel Rookwood.)
Niektórzy ludzie mieli naprawdę ciężkie życie.
Wplątani w ekstremum wydarzeń, koło których nie chcieli się kręcić. Patrzący na śmierć, której nie chcieli się przyglądać i której nie chcieli widzieć. Niszczeni, krok po kroku. Tylko dlatego, że znaleźli się w złym miejscu i złym czasie.
Tylko dlatego, że urodzili się w złej rodzinie.
Sauriela większość tych widoków już nie ruszała. Przestała szokować. W tym świecie nie było przyjaciół i nie było dla nich miejsca. Nie było miłości i nie było ciepła. Był tylko mrok. Głęboki mrok, w którym można się było zatopić. Wtulałeś się w niego, albo on przygarniał ciebie. Bez względu na to, co robiłeś, nie mogłeś się z niego wydostać.
Sauriel spoglądał na Śmierciożerców, którzy spoglądali na szaleńca pragnącego innego świata. Nowego. I nie wiedział, co tu robi. Strach zatopił się tak głęboko w jego korzeniach, że przestał go odróżniać od przyzwyczajeń. Ten mrok, który nosił w swoich oczach wylewał się przed nim na srebrnych tacach, gdzie każdy uważał się ważniejszy od prostego człowieka. Czy to nie ironia? Człowiek, który chciał być nad. Byli bandą hipokrytów, ale by ktoś wypowiedział te słowa? Nie, oooj nie. Jeśli przyszłaby szybka śmierć, uznałby to za błogosławieństwo.
W tym mrocznym świecie, gdzie ludzie siadali przy długim stole i obradowali nad wyrokami śmierci miała się znaleźć Victoria Lestrange. Jeśli wyjdzie ze swojego domu to czy będzie miała jakieś wyjście? Pewnie tego chcieli jej rodzice. Miejsca przy stole zasłużonych. Sauriel chciał nauczyć się kochać na nowo, lubić, bawić, odczuwać szczęście przez więcej chwil niż krótkie i ulotne rozmowy, po których przychodziła realizacja tego smutnego jak zużyta, stara kurwa życia. Ale przy tym miejsca akurat dla jego pragnień nie było miejsca. Nie. Była tylko droga w dół. Kiedy myślałeś, że nie możesz się bardziej stoczyć, ta ciemność tworzyła kolejne schody. Spadał po nich kilka lat temu, dziś już spokojnie schodził w dół.
I tylko myślał, czy spalenie przez słońce będzie bardzo boleć.
Jednocześnie bał się, że różdżka któregoś z tych ludzi zwróci się przeciwko niemu. Nawet różdżka własnego ojca.
Wplątani w ekstremum wydarzeń, koło których nie chcieli się kręcić. Patrzący na śmierć, której nie chcieli się przyglądać i której nie chcieli widzieć. Niszczeni, krok po kroku. Tylko dlatego, że znaleźli się w złym miejscu i złym czasie.
Tylko dlatego, że urodzili się w złej rodzinie.
Sauriela większość tych widoków już nie ruszała. Przestała szokować. W tym świecie nie było przyjaciół i nie było dla nich miejsca. Nie było miłości i nie było ciepła. Był tylko mrok. Głęboki mrok, w którym można się było zatopić. Wtulałeś się w niego, albo on przygarniał ciebie. Bez względu na to, co robiłeś, nie mogłeś się z niego wydostać.
Sauriel spoglądał na Śmierciożerców, którzy spoglądali na szaleńca pragnącego innego świata. Nowego. I nie wiedział, co tu robi. Strach zatopił się tak głęboko w jego korzeniach, że przestał go odróżniać od przyzwyczajeń. Ten mrok, który nosił w swoich oczach wylewał się przed nim na srebrnych tacach, gdzie każdy uważał się ważniejszy od prostego człowieka. Czy to nie ironia? Człowiek, który chciał być nad. Byli bandą hipokrytów, ale by ktoś wypowiedział te słowa? Nie, oooj nie. Jeśli przyszłaby szybka śmierć, uznałby to za błogosławieństwo.
W tym mrocznym świecie, gdzie ludzie siadali przy długim stole i obradowali nad wyrokami śmierci miała się znaleźć Victoria Lestrange. Jeśli wyjdzie ze swojego domu to czy będzie miała jakieś wyjście? Pewnie tego chcieli jej rodzice. Miejsca przy stole zasłużonych. Sauriel chciał nauczyć się kochać na nowo, lubić, bawić, odczuwać szczęście przez więcej chwil niż krótkie i ulotne rozmowy, po których przychodziła realizacja tego smutnego jak zużyta, stara kurwa życia. Ale przy tym miejsca akurat dla jego pragnień nie było miejsca. Nie. Była tylko droga w dół. Kiedy myślałeś, że nie możesz się bardziej stoczyć, ta ciemność tworzyła kolejne schody. Spadał po nich kilka lat temu, dziś już spokojnie schodził w dół.
I tylko myślał, czy spalenie przez słońce będzie bardzo boleć.
Jednocześnie bał się, że różdżka któregoś z tych ludzi zwróci się przeciwko niemu. Nawet różdżka własnego ojca.
Koniec sesji
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.