09.06.2024, 21:14 ✶
Ona się nigdy nad tym nie zastanawiała, bo nic nie mogła z tym zrobić. Rodziców się nie wybierało, ale w przypadku kobiet — mogły mieć malutki wpływ na przyszłe nazwisko, jeśli Ci byli przychylni i brali zdanie córki pod uwagę. Aranżowane małżeństwa nadal były dość modne, pomimo tego, jak otaczający ich świat pędził w stronę współczesności. W głębi duszy Cynthia była kobietą wychodzącą z założenia, że krew, jak i nazwisko, wcale nie świadczą o wartości człowieka. O tym mówiły wypowiadane słowa, wykonywane gesty, spełnione obietnice i przestrzeganie jakiegoś wewnętrznego kodeksu moralnego, honor. Może było to odrobinę staroświeckie, ale wiele razy pomogło jej w życiu lub wskazywało osobę, która była warta większej uwagi. Jego dar był wspaniały, sama by taki chciała — ona odziedziczyła tylko przepis na oliwę, z której pewnie i tak nigdy nie skorzysta. Owszem, mogłaby sprzedawać fiolki na boku, ale w obecnych czasach, nie było to zbyt bezpieczne. A Cynthia chciała trzymać się z daleka, walcząc głównie dla bliskich jej ludzi — obecnie skupiając się na sprawie zimnych przez wzgląd na Tori oraz pozostałych. Miał więc racje, przyznałaby mu to głośno -wygrał los na loterii. Obydwoje przecież byli dość praktycznymi ludźmi, a talent do tworzenia ruchomych dzieł zupełnie nie wchodził w zakres ich zainteresowań lub talentów. Chyba że Cathal na boku tworzył wspaniałe szkice w notatniku, a ona o tym wiedziała? Cóż, ze swojej strony, rysowała naprawdę ładnie rośliny i umiała rysować przyzwoity — do rozróżnienia, szkielet. Wszystko wyniosła z kursów oraz studiów, tyle z talentu.
-Stanowisz zagadkę, muszę przyznać. Może dlatego, że zwykle otaczają mnie ludzie w maskach? Wydaje mi się też, Mój Drogi, że najciemniej zawsze jest pod latarnią. Wydaje Ci się, że coś jest oczywiste i dokładnie takie, jakim to postrzegasz, a prawda okazuje się zupełnie inna. Twoje towarzystwo jest jednak dla mnie.. Miłe i orzeźwiające. - odpowiedziała z nutą zamyślenia w głosie, jakby zastanawiała się nad doborem właściwych dla okazji słów. Cynthia była dość oszczędna w komplementach, więc zwykle były po prostu szczere. Owszem, gdy były pochlebstwa konieczne, używała ich przy załatwianiu spraw — ale ludzie ich szukający, zwykle byli banalnie prości i powierzchowni. W pewien sposób chciała mu też pewnie zasugerować, że dobrze się z nim bawi i traktuje ich spotkania zupełnie inaczej, niż mógłby ktoś pomyśleć. Jego bezpośredniość i prawdomówność były mało kiedy spotykane w towarzystwie, w którym zwykle podczas bali lub przyjęć się obracała. Z początku brała jego słowa za kłamstwa, zupełnie jakby grał w taką samą grę, w którą ona grała, ale z biegiem czasu zrozumiała, że Shafiq zawsze był prawdziwy i wyraźny. Był pewnym siebie, dojrzałym mężczyzną, który dawno wyrósł z roli zbuntowanego nastolatka, króla tajemnic i domysłów. Niegdyś ona też przecież nie kłamała, była zupełnie inna. I przebywanie z nim sprawiało, że mogła sobie czasem — w których przebłyskach, o tym przypomnieć. Nie ze wszystkich podjętych przez siebie decyzji była dumna, ale nie zastanawiała się nad nimi głębiej i nie chciała tracić energii na żałowanie czegoś, z czym nie mogła już zrobić nic. Błękitne tęczówki przesunęły się po twarzy archeologa, wyrwane z chwilowego zamyślenia, a na ustach kobiety pojawił się krótki, odrobinę figlarny uśmiech. Był po prostu Cathalem, a ona była prawie po prostu Cynthią, pokazując więcej siebie z każdym spotkaniem.
Roześmiała się na jego słowa, bo przed oczami zatańczył jej blondyn w formie staruszki w wielkim kapeluszu i rudym kotem na kolanach, co zupełnie do niego nie pasowało. Przytaknęła z rozbawieniem więc psem trochę zaskoczona, bo sądziła, że nie miał czasu na zwierzaki, ale też przypomniała sobie o tym, że mieszkał z przyjacielem. Może dzielili się obowiązkami. - Tak, zostawmy żółty staremu pokoleniu. Nie sądziłam, że masz psa. Jak go nazwałeś? - zapytała zaciekawiona, bo psy też lubiła, chociaż nie miała swojego. Ogólnie rzecz biorąc Cynthia nie miała nic przeciwko zwierzakom, mogłaby mieć nawet kota.
Sama nigdy nie spotkała jasnowidza, którego słowa okazałyby się prawdziwe. Zwykle wróżby lub fusy również mówiły rzeczy na opak, przestała traktować je poważnie już w szkole. Ba, to był jedyny przedmiot, który uważała za bezużyteczny, bo nawet mugoloznawstwo więcej przydatnej wiedzy do życia wniosło. Szczęście było po prostu ładnym słowem, ale samo nie przychodziło. Budowało się je wszystkim tym, co Cat hal wymieniał razem z przypadkiem, a te lubiły chodzić po ludziach. Nie było dużo chwil, w których Cyna przestawała być logiczna i przestawała mocno stąpać po ziemi, jednak gdy te nadchodziły, czasem tego słowa używać. Jakby na przekór. Przypomniała sobie o gabinecie luster, do którego ją kiedyś zabrał, gdy tak na niego patrzyła i widok w zwierciadle pragnień mógł być pewną formą szczęścia. Często było przecież namacalne!
Uśmiechnęła się pod nosem zaintrygowana i nieco zaskoczona kwotą, na którą się zdecydował. I głównie też przez to, że wyglądał jeszcze lepiej z kartami w dłoniach i z tym błyskiem w oczach, sprawiając, że zrobiło się jej cieplej. I jeszcze ten uśmiech, Merlinie. Dobrze, że podano im drinki. Napiła się trochę, zwilżając następnie usta tak, aby pozbyć się z nich resztek smaku alkoholu. Właściwie sam stół i poker niewiele ją obchodził, gdy miała obok Shafiqa. Jak tak bliżej siedziała, to naprawdę ładnie pachniał. Jego słowa rozbrzmiały w jej głowie, rozniosły się echem i znów trudno było się jej nie zgodzić, chociaż niekoniecznie z kartami je wiązała.
- A więc Rogogon, podoba mi się to. - rzuciła cicho, przenosząc spojrzenie na trzymane przez niego karty, które chyba wyglądały nieźle. Trudno było cokolwiek powiedzieć o pozostałych, bo mieli kamienne twarze, gdy na chwile podniosła na nich wzrok — może poza tym najmniej trzeźwym, który chyba próbował puścić jej oczko, czego taktycznie oczywiście nie zauważyła. Wymownie jednak nachyliła się odrobinę w stronę Cathala, opierając dłoń o jego ramię — przecież przy nim, tamci nie mieli absolutnie niczego do zaoferowania. - Chyba czeka Cię ten remont. - zauważyła, bo jeden z graczy odłożył karty zrezygnowany jakby — na kilka sekund, gdy mężczyzna podał mu kartę z talii. Powinna naprawdę bardziej skupić się na grze, ale nie mogła, zbyt zaaferowana swoim towarzystwem. Krupier do Cathala dotarł ostatni, pozwalając mu dobrać kartę — taką, która niosła mu rychłe zwycięstwo, jeśli pozostali nie będą mieli niczego sensownego w ręku. Pracownik odłożył karty, podliczył galeony i poprosił o pokazanie kart w celu ustalenia tego, kto wygrał. Pierwszy rozłożył karty staruszek, który miał dwie dziewiątki czerwone, czarnego króla, jopka czerwonego i damę, której nie trafił Shafiq.
-Stanowisz zagadkę, muszę przyznać. Może dlatego, że zwykle otaczają mnie ludzie w maskach? Wydaje mi się też, Mój Drogi, że najciemniej zawsze jest pod latarnią. Wydaje Ci się, że coś jest oczywiste i dokładnie takie, jakim to postrzegasz, a prawda okazuje się zupełnie inna. Twoje towarzystwo jest jednak dla mnie.. Miłe i orzeźwiające. - odpowiedziała z nutą zamyślenia w głosie, jakby zastanawiała się nad doborem właściwych dla okazji słów. Cynthia była dość oszczędna w komplementach, więc zwykle były po prostu szczere. Owszem, gdy były pochlebstwa konieczne, używała ich przy załatwianiu spraw — ale ludzie ich szukający, zwykle byli banalnie prości i powierzchowni. W pewien sposób chciała mu też pewnie zasugerować, że dobrze się z nim bawi i traktuje ich spotkania zupełnie inaczej, niż mógłby ktoś pomyśleć. Jego bezpośredniość i prawdomówność były mało kiedy spotykane w towarzystwie, w którym zwykle podczas bali lub przyjęć się obracała. Z początku brała jego słowa za kłamstwa, zupełnie jakby grał w taką samą grę, w którą ona grała, ale z biegiem czasu zrozumiała, że Shafiq zawsze był prawdziwy i wyraźny. Był pewnym siebie, dojrzałym mężczyzną, który dawno wyrósł z roli zbuntowanego nastolatka, króla tajemnic i domysłów. Niegdyś ona też przecież nie kłamała, była zupełnie inna. I przebywanie z nim sprawiało, że mogła sobie czasem — w których przebłyskach, o tym przypomnieć. Nie ze wszystkich podjętych przez siebie decyzji była dumna, ale nie zastanawiała się nad nimi głębiej i nie chciała tracić energii na żałowanie czegoś, z czym nie mogła już zrobić nic. Błękitne tęczówki przesunęły się po twarzy archeologa, wyrwane z chwilowego zamyślenia, a na ustach kobiety pojawił się krótki, odrobinę figlarny uśmiech. Był po prostu Cathalem, a ona była prawie po prostu Cynthią, pokazując więcej siebie z każdym spotkaniem.
Roześmiała się na jego słowa, bo przed oczami zatańczył jej blondyn w formie staruszki w wielkim kapeluszu i rudym kotem na kolanach, co zupełnie do niego nie pasowało. Przytaknęła z rozbawieniem więc psem trochę zaskoczona, bo sądziła, że nie miał czasu na zwierzaki, ale też przypomniała sobie o tym, że mieszkał z przyjacielem. Może dzielili się obowiązkami. - Tak, zostawmy żółty staremu pokoleniu. Nie sądziłam, że masz psa. Jak go nazwałeś? - zapytała zaciekawiona, bo psy też lubiła, chociaż nie miała swojego. Ogólnie rzecz biorąc Cynthia nie miała nic przeciwko zwierzakom, mogłaby mieć nawet kota.
Sama nigdy nie spotkała jasnowidza, którego słowa okazałyby się prawdziwe. Zwykle wróżby lub fusy również mówiły rzeczy na opak, przestała traktować je poważnie już w szkole. Ba, to był jedyny przedmiot, który uważała za bezużyteczny, bo nawet mugoloznawstwo więcej przydatnej wiedzy do życia wniosło. Szczęście było po prostu ładnym słowem, ale samo nie przychodziło. Budowało się je wszystkim tym, co Cat hal wymieniał razem z przypadkiem, a te lubiły chodzić po ludziach. Nie było dużo chwil, w których Cyna przestawała być logiczna i przestawała mocno stąpać po ziemi, jednak gdy te nadchodziły, czasem tego słowa używać. Jakby na przekór. Przypomniała sobie o gabinecie luster, do którego ją kiedyś zabrał, gdy tak na niego patrzyła i widok w zwierciadle pragnień mógł być pewną formą szczęścia. Często było przecież namacalne!
Uśmiechnęła się pod nosem zaintrygowana i nieco zaskoczona kwotą, na którą się zdecydował. I głównie też przez to, że wyglądał jeszcze lepiej z kartami w dłoniach i z tym błyskiem w oczach, sprawiając, że zrobiło się jej cieplej. I jeszcze ten uśmiech, Merlinie. Dobrze, że podano im drinki. Napiła się trochę, zwilżając następnie usta tak, aby pozbyć się z nich resztek smaku alkoholu. Właściwie sam stół i poker niewiele ją obchodził, gdy miała obok Shafiqa. Jak tak bliżej siedziała, to naprawdę ładnie pachniał. Jego słowa rozbrzmiały w jej głowie, rozniosły się echem i znów trudno było się jej nie zgodzić, chociaż niekoniecznie z kartami je wiązała.
- A więc Rogogon, podoba mi się to. - rzuciła cicho, przenosząc spojrzenie na trzymane przez niego karty, które chyba wyglądały nieźle. Trudno było cokolwiek powiedzieć o pozostałych, bo mieli kamienne twarze, gdy na chwile podniosła na nich wzrok — może poza tym najmniej trzeźwym, który chyba próbował puścić jej oczko, czego taktycznie oczywiście nie zauważyła. Wymownie jednak nachyliła się odrobinę w stronę Cathala, opierając dłoń o jego ramię — przecież przy nim, tamci nie mieli absolutnie niczego do zaoferowania. - Chyba czeka Cię ten remont. - zauważyła, bo jeden z graczy odłożył karty zrezygnowany jakby — na kilka sekund, gdy mężczyzna podał mu kartę z talii. Powinna naprawdę bardziej skupić się na grze, ale nie mogła, zbyt zaaferowana swoim towarzystwem. Krupier do Cathala dotarł ostatni, pozwalając mu dobrać kartę — taką, która niosła mu rychłe zwycięstwo, jeśli pozostali nie będą mieli niczego sensownego w ręku. Pracownik odłożył karty, podliczył galeony i poprosił o pokazanie kart w celu ustalenia tego, kto wygrał. Pierwszy rozłożył karty staruszek, który miał dwie dziewiątki czerwone, czarnego króla, jopka czerwonego i damę, której nie trafił Shafiq.