Błysnął kłami w kierunku Ambrosii, kiedy ta go zaczepiła i rzuciła krótkim hasłem. Pozdrowił ją gestem - coś na wzór salutu wykonanego bardzo niedbale i tylko dwoma palcami przyłożonymi do czoła, które zaraz zostały od niego oderwane. Brakowało też baczności i całych tych... formalności, ale przecież nie o to chodziło, prawda. Chyba magiczne "wzajemnie" nie było tutaj konieczne? Były takie osoby, którym zawsze życzysz dobrze. Dla Sauriela może poza dniami, kiedy te osoby go wkurwiały i życzył im, żeby zdechły, albo żeby im Śmierciożercy małe pieski pomordowali. Czy coś w tym stylu.
- Ay. Wieszczka. Czasami u niej dorabiam. - Drugie zdanie dodał już ciszej, nachylając się nad jej ramieniem. - To chyba jej kot siedzi w naszej melinie? Nie wiem, ale jestem zazdrosny, tam powinno być miejsce dla jednego kota. - On się gubił czyj był ten kot - czy Stanleya, czy Francisa, czy Ambrosii, a może w ogóle wyjdzie, że to Atreus z dupy kota wyciągnął i zostawił pod progiem, a Stanley z rozpaczy nudy postanowił mieć zastępczego Sauriela zawsze pod ręką... czy jakoś tak. Poza tym - melina-Głębina... można się było pomylić. I rzeczywiście - miał podejrzanie dużo blondynek wśród znajomych, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy. To chyba tak naturalnie wychodziło? Lubił blondynki, więc chętniej do nich zagadywał? Czy jakoś tak? Był od razu milszy, bo blondi? Nie, to drugie tak chyba nie działało? Nie dostrzegał tego, bo nie brał pod uwagę, że może podświadomie jakoś inaczej reagować na blondynki.
- No proszę. - Prychnął śmiechem, kiedy się tak nagle do niego przytuliła, rozkładając trochę ręce na boki. No bo skąd ten nagły wylew czułości? Objął ją na ten moment i pogładził po plecach. Ruszyli dalej. - Kurewsko śmieszna sprawa, że Śmierciożercy nie narobili na tym święcie rabanu tylko aurorzy i brygadziści. - Przyszła mu ta myśl do głowy, kiedy przechodzili do kolejnego stanowiska. - Uu, rakija? A co to takiego? - Zainteresował się od razu, patrząc na to, jak ludzie tutaj chętnie sięgają i płacą za kolejny kieliszek. Nie brał do rąk butelki, bo za łatwo o zniszczenie, wystarczy, że cię ktoś bardziej potrąci, wyślizgnie ci się... a może i nie była ona droga, ale Sauriel nie zamierzał płacić za to, że niektórzy byli lebiodami ruchowymi. Posłuchał, jak kobieta przy stoisku mu wyjaśnia z uśmiechem, że to alkohol robiony tak a siak a śmiak... - Po kieliszku, pani auror? - Zaproponował, spoglądajac na kota. - Ty nie dostaniesz. - Pomiział go w czubek głowy.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.