Chociaż na kły cisnęło się "nie, nie możesz", to dobry humor Sauriela sprawił, że przeniósł tylko czarne oczy na właściciela stoiska z wyrazem "wtf typie?" na twarzy. Prawie jakby był oburzony, że sprzedawca w ogóle się odzywa. To "wtf" bardzo płynnie się zmieniło w kolejne "wtf", tylko teraz bez dodatku "typie". Zamrugał jak debil, słuchając o jakiejś imienniczce w wierze i... co, jakiej Fantazji? Chyba ostatnio widział taki serek w jakichś delikatesach z owocami? Fantazja się nazywał? Ale chyba nie chodziło o serek, bo chodziło o siostrę, która robi czekoladę... Książka? Że książka? Przepis na czekoladę w książce?
- Jasne... dzięki... - Był na tyle skołowany nagłą zmianą tematu, która nie trafiła w jego próg przejściowy w jego mózgu z jednego pudełka do drugiego, że nawet zapomniał o byciu chamem. I przypomniał sobie, że można też dziękować innym ludziom, którzy chcą być dla ciebie sympatyczni! Jeśli ktoś po tym zwątpi w objawienie Matki na Lammas to będzie zwykłym ignorantą. A jeśli o ignorantów chodzi...
... - No... może nie do końca mojej. - Bronienie wieszczy robiących swoje dziwne czary-mary i zamieszczających różne dziwne teorie spiskowe w gazetach było w ramach nudy, niż z pełnego przekonania. Sauriel tak wyrywkowo potrafił wierzyć w to, co mu pasowało, a na inne rzeczy reagować z całkowitym przekąsem. A już na pewno nie wierzył w przepowiednie. Jego zdaniem wszystko można było dopasować do pewnych okoliczności. Owszem, istniał dar jasnowidzenia, nie dało się temu zaprzeczyć, ale kto potrafił, a kto nie? Ilu zmyślało? Zresztą nie zamierzał dawać sobie wmawiać tego, że coś mu wyjdzie, albo coś NIE wyjdzie, tylko dlatego, że została pociągnięta karta Wież z tarota, albo kości kurczęcia ułożyły się w nieodpowiedni sposób. To było jego obruszanie się. A potem z zapartym tchem wczytywał się w gazety mówiące o tym, że w przyszłym miesięcy znak zodiaku Ryb wejdzie w układ z Saturnem i wszystkie Ryby (...). Gdyby się nad tym zastanowić to czy on w to wierzył? Gdyby się zastanowić - pewnie nie. Można było to jednak zgrabnie ignorować, bo w zasadzie wszystkie te pierdoł były po prostu fascynujące. Tylko czasem cię wkurwiały. - Tam gdzie siedzimy na Nokturnie. Knajpa. - Sprecyzował, żeby się nie zastanawiała o jaką melinę chodzi. I nie była ona do końca na Nokturnie... ale to już były przecież szczegóły. Znajdowała się w jego obrębie. Chyba. Może już wychodziła pod londyńskie ulice w tych przepastnych ścieżkach i kanałach, w których można się było zgubić. - Nabijam się. Jeszcze na jego rzecz nie zostałem obdarowany mniejszą uwagą. - Na jego facjacie pojawił się uśmieszek, nieco ironiczny. Ale tak, w pierwszym momencie było w tym coś... coś było nie tak. Ten kot na fotelu Stanleya. Oburzające, bo przecież on był JEDYNYM kotem tamtego miejsca, a co to miało być? Za wtargnięcie na jego terytorium do tej pory dostawało się w papę, ale bić kota? Nigdy w życiu! Jego boginem powinien być czarodziej zamieniający się w kocura, bo jest to równoznaczne z tym, że go nie pokona i może tylko błagać o litość.
- Dobrze, że dostałaś wolne. - Oby dostawała w każde święto wolne, zanim znowu coś wybuchnie. Uniósł kieliszek i stuknął się jakże nieelegancko z Victorią. - Zdrowie. - Victorii, rzecz jasna! Jemu to już niewiele groziło na tym świecie... - O kuurwa, dobreee... - Oblizał się, przyglądając z uznaniem. - Pani da jedną butelkę. - Albo z 10? Nie miał gdzie tego nosić, więc będzie musiała wystarczyć jedna...
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.