Kompletnie nie spodziewał się tego, co postanowi zrobić Lorien. W jaki sposób zareaguje na jego słowa. Na ten wątpliwy komplement, którym ją chwilę temu obdarzył. Gdyby nie to, że znajdywali się teraz pośród ludzi, najpewniej jakoś by na to zareagował. Coś powiedział. Być może zrobił. Okoliczności temu jednak nie sprzyjały. W chwili obecnej jedynym co mu pozostawało, było granie dalej. Kontynuowanie tej farsy.
- Nie szkodzi, kochanie. - jedną ręką przytrzymał ją bliżej siebie, nie pozwalając się odsunąć, drugą natomiast odpiął broszkę, którą wcześniej umieściła na jego ubraniu. - Poczekaj, mi już nie będzie potrzebna. - poinformował kobietę. Rękę, z pomocą której wcześniej przytrzymał żonę w miejscu, przy sobie, przeniósł teraz na beżową sukienkę. Przesunął palcami wzdłuż dekoltu, starając się wybrać najbardziej odpowiednie miejsce. - Tutaj będzie idealnie. - przypiął broszkę, umieszczając ją na ubraniu w taki sposób, żeby prawdopodobieństwo tego, iż zapięcie będzie wbijało się w ciało okazało się możliwie najbardziej wysokie. W końcu jak to się mawiało? Chcesz być piękna, musisz cierpieć. Albo jakoś podobnie.
Ledwie pozwolił Lorien na to, aby się odsunęła, jej miejsce zajęła Sophie. Wtulając się w ojca, sprawiła że temu aż zabrakło tchu. Powietrza. Minęła chwila, nim był w stanie odsunąć ją od siebie. Prawą ręką potargać jej włosy - jak dziecku. Bo w jego oczach Sophie wciąż była właśnie dzieckiem. Dużo brakowało jej do statusu dorosłej, młodej kobiety.
- Nie bądź niemądra, Wiewióreczko. - upomniał ją. - Nic mi nie jest. Nie musisz się o nic martwić i zachowywać w ten sposób. - wyraźnie zaakcentował ostatnią część wypowiedzi, tym samym starając się zwrócić uwagę córki na wiążący się właśnie z nią przekaz. Nie powinna tak się zachowywać, być tak wylewną, zwracać na nich wszystkich jeszcze większej uwagi. Powinna wiedzieć, że to było zwyczajnie nie na miejscu.
Odsuwając od siebie dziewczynę, skupił się wreszcie na tym, aby uzyskać odpowiedź na pytanie, które wcześniej jakimś cudem udało mu się zadać. Pierw wszystko pobieżnie wytłumaczył Richard. Kolejne informacje napłynęły ze strony samego Philipa oraz Leonarda. Zmarszczył brwi, starając się to wszystko poukładać sobie w głowie.
- Nasz krewny? - kontrolnie spojrzał na Leonarda, spojrzeniem odszukał też znajdującego się nieco dalej Richarda, towarzyszącego mu Charlesa. Czy coś mu umknęło? Bo nie, Robertowi nawet nie przeszło przez myśl, że Philip mógł mieć tu na myśli Alexandra. Choć jego obecność wcześniej zarejestrował, teraz kuzyn był tym elementem układanki, który zdawał się mu umykać.
Słysząc komentarz Lorien, uniósł ku górze brwi. Może nie widziała? Dla niego bowiem nie było tutaj mowy o żadnej obrazie. Na własne oczy widział przecież, czego dopuścił się Atreus. Co do reszty - tutaj już musiał zaufać pozostałym na słowo. Tylko czy miał podstawy do tego, aby Nottowi nie zaufać w tym przypadku? Zwłaszcza, że przecież sam doskonale wiedział, że Ministerstwo Magii było od kilku dobrych lat budowlą, którą w całości utrzymywały kolejne trytytki. Kwestią czasu pozostawało, kiedy cała ta konstrukcja wreszcie runie. A sufity zawalą się na głowy tych, którzy nie potrafili nad tym wszystkim zapanować.
Mulciber naprawdę nie mógł się tego doczekać.
- Jeśli zamierzasz to wszystko zgłosić i będziesz w związku z tym potrzebował czyiś zeznań, możesz liczyć na moją pomoc. - zadeklarował. Być może zbyt szybko. Być może było to nieprzemyślane. Aczkolwiek nie mógł nie skorzystać z okazji, żeby wbić szpilę tym, którzy uważali, że nad wszystkim panują. - Możemy się umówić na spotkanie. Lorien z pewnością chętnie tej historii wysłucha, kiedy już w nas wszystkich opadną emocje.
A jeśli wysłuchać tego nie zamierzała, to już on sam odpowiednio sobie z uroczą małżonką poradzi.