Celem Roberta nie było fizyczne zranienie kobiety. Zwłaszcza takie, które mogłoby zwrócić na nich uwagę postronnych. Nawet niekoniecznie taką większą. Nie było mu to na rękę. Prawdopodobnie, gdyby tylko zauważył w porę krew na jej ubraniu, zaraz by Lorien przeprosił za swój brak należytej ostrożności. Następnie zaś, dodatkowo, upewnił się czy aby na pewno wszystko było w porządku. Zachowałby się tak, jak powinien zachowywać się troskliwy mąż. Może był nawet do tej roli stworzony? Jeśli tak, to niestety, ale wypowiedziane przez Philipa imię Alexander, skutecznie odciągnęło jego uwagę od Lorien, uniemożliwiając zaprezentowanie pełni robertowego talentu aktorskiego. Musiał się przecież dowiedzieć czegoś więcej na temat zdarzenia z udziałem swojego ulubionego kuzyna. Nie byłby sobą, gdyby się tym wcale nie zainteresował.
- Ktoś pobił naszego drogiego Alexandra? Aż ciężko w to uwierzyć. Jedno Lammas, a tyle zamieszania. - powiedział, licząc na przynajmniej kilka dodatkowych informacji. - Mam nadzieje, że nie spotkało go nic poważnego? Kończyny całe? Nos? Oczy na swoim miejscu? Wiesz, Philipie, jeden Donald, to wystarczająco dużo nieszczęść jak na naszą niewielką rodzinę...
Szczerej troski o Alexandra było w tym wszystkim tyle, co kot napłakał. Może dzięki temu, że oberwał, to i owo naprostowałoby się w jego główce? Nie, żeby faktycznie na to liczył. Z normalniejszym Alexandrem byłoby zbyt nudno. A poza tym, to kuzyn zdawał się nie za bardzo rokować, jeśli mowa o jakiejkolwiek poprawie.
Jego chęć udzielenia pomocy Philipowi, nie była czymś... bezinteresownym. To nie tak, że na ślepo rzucał się teraz krewniakowi na ratunek, z jakiejś dobroci serca czy innego, równie durnego powodu. Za działaniami Roberta, jak zwykle, coś stało. W tym przypadku chodziło o skorzystanie z okazji mogącej choćby odrobinę zaszkodzić Harper Moody. O ile nie mógł podjąć się bardziej radykalnych działań, tak drobne szpile nadal wchodziły w grę.
Oczywiście, nie zamierzał zacząć się teraz tutaj z tego tłumaczyć. Inni mogli sobie założyć cokolwiek, cokolwiek na ten temat myśleć. Nie był to jego problem.
- Na pewno o wszystkim Ciebie poinformuje, kochanie. - odezwał się do żony, starając się trzymać ręce na wodzy, po tym jawnym podważeniu jego pozycji. Roli? On był tutaj mężczyzną. Teraz jednak nie czas i miejsce, żeby takie kwestie omawiać. Pozwolił więc Lorien tak po prostu odejść, uwagę przenosząc na Philipa. - Wybacz jej, nadal nie do końca doszła do siebie po... wiesz zapewne po czym. - coś tutaj sugerował? Owszem. Wszak dla rodziny i znajomych wiadome było, że kobieta straciła dziecko i przez ostatnie miesiące walczyła z depresją. Dopiero od niedawna zaczęła ponownie pojawiać się w Londynie. Na ile jednak z tym wszystkim zaznajomionym pozostawał Philip? W zasadzie było to dla Roberta bez większego znaczenia. - Przekonam ją, żeby podeszła do tego tematu na poważnie. Masz tutaj moje słowo. Możemy umówić się na spotkanie w ten weekend? Ewentualnie piątek. Wiem, że to jeszcze sporo czasu, aczkolwiek wszyscy mamy w tygodniu swoje obowiązki.
Kiedy do stoiska wrócił Richard, skinął mu głową. I chyba nawet nie do końca zarejestrował, że wspominał o jakimś stoisku należącym do Sophie. Był teraz skupiony na innych sprawach. Dużo istotniejszych niż córka, najpewniej nadal starająca się zdobyć nieco uwagi ze strony swojego rodzica.
- Zajmiemy się kwestią stoiska, jak tylko skończę rozmawiać z Philipem. - poinformował brata.