Nie takiej odpowiedzi oczekiwał od Philipa. Co prawda szczerej troski o Alexandra było w Robertcie tyle co kot napłakał, ale... od krytycznego oceniania krewniaka, z którym dzielił to samo nazwisko, był on sam. Inni, w tym również szanowny Nott, swoje opinie powinni byli zachować dla siebie. Jeśli więc sportowiec liczył na to, że Robert mu w tym momencie przyklaśnie, to prawda niestety była taka, że bliższy był wywołania u swojego krewnego pewnego niesmaku. I ciężko było Mulciberowi powstrzymać się przed tym, aby nie dać tego odczuwanego niesmaku po sobie poznać.
- Będzie żył. Doskonale. - ograniczył się wyłącznie do tych kilku słów, choć na usta cisnęło się ich znacznie więcej. Chociażby ta drobna uwaga, że nie tak dawno temu sam Philip publicznie mierzył się z pewnym czarodziejem o honor pewnej czarodziejki. Tym samym, nie wydawał się więc odpowiednią osobą do wygłaszania tego rodzaju ocen. Opinii. Nie był święty. Nikt z nich nie był święty. Ale niektórzy przynajmniej takowych nie starali się na siłę udawać.
Odezwał się ponownie, dopiero kiedy zostali sami. Już bez Lorien. Po swoich przeprosinach, po tej złożonej Philipowi obietnicy, kontynuował temat. Zagryzał zęby, metaforycznie oczywiście, żeby nie posłać kuzyna w diabły. Nadal bowiem zakładał, że całą tą sytuacje mógłby wykorzystać na swoje potrzeby.
- Jak już powiedziałem, nie mogę zająć się sprawą wcześniej niż w najbliższy weekend. Mam inne zobowiązania. Rozumiem, że sam chciałbyś wszystko zgłosić możliwie najszybciej, ale niestety, w tym przypadku nie będziesz mógł liczyć na nasze zeznania. - postawił sprawę jasno. Zdecydowanie bardziej na rękę było mu przesunięcie tego w czasie. O co najmniej kilka dni.
Widząc zbliżające się do stoiska osoby, przynajmniej jedna z nich była mu dobrze znana, westchnął ciężko. Naprawdę nie miał obecnie ochoty na wchodzenie z młodym Rookwoodem w jakiekolwiek interakcje. Przynajmniej na ten moment. I cóż. Chyba też wreszcie poczuł, że zrobił się tym wszystkim nieco zmęczony.
- Przykro mi, ale nie mam teraz do tego głowy. Weekend, Philipie. - odpowiedział, odmawiając kuzynowi odwiedzin. Przynajmniej takich, które miałyby mieć miejsce teraz. Nie zamierzał być pieskiem, który będzie za nim grzecznie biegał. To Philip czegoś od niego potrzebował, więc to on też powinien był się ze wszystkim postarać dostosować. - Aczkolwiek też będę już wracał do domu. Możemy kawałek się przejść.
Jaki z niego łaskawca, proszę państwo. Zgodził się Philipka odprowadzić. Zanim jednak opuścił rodzinne stoisko, nie poświęcając przy tym uwagi Saurielowi i jego chujoświeczkowej towarzyszce (wszak świeczki zakupiła) większej uwagi - jedyne co, to skinął Saurielowi głową - poprosił Richarda, żeby jakoś to wszystko do końca kiermaszu ogarnął. Sensownie poukładał. Poinformował też, że sam wraca do domu.
Następnie już razem z Philipem ruszył w kierunku loterii, zatrzymując się przy niej na krótką chwilę.
- Nie szkodzi, poczekam. - powiedział, kolejny raz zagryzając metaforycznie zęby. Bo Robert Mulciber na innych czekać nie lubił. Szczerze nie lubił. A Philip już wystarczającą go w ciągu kilku ostatnich minut rozdrażnił. Starał się jednak nie dać tego po sobie poznać. Robił dobrą minę do zlej gry i podkreślał swoje zmęczenie.
Kiedy kuzyn zakręcił kołem i odebrał swoje nagrody, razem opuścili teren kiermaszu. Robert niczego nie przeciągał i teleportował się prosto do własnego domu.