- I kurwa dobrze, ile można tych zabobońskich kurw z Kowenu słuchać. - Pociągnął dym z odpalonego papierosa, drapiąc się wyciągniętą różdżką po szyi. A potem się dziwić, że ciągle swoją łamał. Ta miała się jednak zadziwiająco dobrze - identyczna różdżka jak ta, którą miała Victoria. Różniły je tylko długości. Schował ją do kieszeni i upewnił się, że ta śmieszna torba, którą wylosował, dobrze się trzyma jego pasa. Zajebista rzecz.
Poziom empatii Sauriela nie zawsze był na poziomie banana, ale od dłuższego czasu się taki zrobił. Całkowicie celowo. Wielka przegrana z jego strony, ale to nie było istotne - lepiej mu się w ten sposób żyło. Z cynicznym uśmiechem numer cztery na ustach i aroganckim obyciem. Nie zatrzymywana dla siebie "szczerość" (mylona z chamstwem) była więc prawdziwym "podarunkiem" dla ludzi wokół, chociaż od dłuższego czasu więcej niż tej szczerości było mrukliwości czy milczenia. Tutaj potrzebna była chyba kokaina, albo Felis Felicis, a jak widać udało się obyć bez tego. Ten wieczór dla niektórych był załamującą tragedią, dla innych szampańskim wydarzeniem, do którego nic tylko wznieść kieliszek.
Jakoś nie spodziewałby się, żeby bliźniacy lecieli na spektakl cyrkowców ani teraz, ani później, cokolwiek by się tam nie działo. Nie spodziewał się ich ani na ławeczkach widowni (nie było tam półek z książkami, które Robert mógłby przestawiać) ani tym bardziej na scenie. Samego Sauriela też nie kusiło, chociaż miał dramatyczną wizję, żeby pograć na gitarze dla mdlejących panien. Może któraś potem nadstawiłaby swoją szyję zamiast wrzucenia galeona do kapelusika. Tym nie mniej nie wziął nawet gitary, a nie chciało mu się już szwędać między ludźmi. Wolał pokręcić się po spokojniejszych zakamarkach tego miasta, nawet jeśli to kręcenie się było związane z nic nie robieniem i jaraniem szlugów.
- Nie bój nic, Riki. - Klepnął mężczyznę w ramię, dobrze wiedząc, że zdecydowanie nie powinien. Ale w jego wypadku to był wyraz sympatii, chociaż niekoniecznie każdy musiał uważać to za sympatyczne. Sauriel nie był osobą, która by leciała się poprzytulać czy powiedzieć "lubię cię". A przecież niektórych faktycznie lubił, więc jakoś to trzeba było okazywać, tak? - Wyrobi się szczeniak. - Niekoniecznie na lepsze, bo przecież spójrzcie, co ze Staszka wyrosło.
- Ay... miłego, Riki. Powodzonka w sprzedaży. - Obrócił się razem z Victorią i skierował się do wyjścia z tej imprezy. - Taa... Już mi starczy tłoku i ludzi wokół. - Miał wrażenie, że takie zbieraniny zaczynały wyczerpywać coraz mocniej jego zasoby energii przeznaczonej dla ludzi. Wyrzucił niedopałek na ziemię i przygniótł go obcasem, kiedy szli przez uliczkę. - Złapie tego młodego Mulciberka kiedy indziej, nie chce mi się już brodzić w tym tłumie. - Nie było takiej dziury, w której ktoś by się przed nim ukrył na Nokturnie. To było jedynie kwestią tego, jak długo będzie musiał szukać.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.