11.07.2024, 20:19 ✶
Odchodzę pokonany od Tessy do Jonathana i Morpheusa
Reakcja Dory była kubłem zimnej wody. Woody’emu zrobiło się wstyd za wciąganie dziewczyny w tę sytuację. Nie docenił, jak zaogniona może się stać, jaki efekt mogą przynieść jego słowa. Bo przecież to wszystko były żarty. Zawsze te pierdolone żarty; te same, które podmyły fundament jego małżeństwa. Słowa wygłoszone bez chwili refleksji i wyczucia sytuacji. Obecne poczucie winy było bliźniacze do tego, które odczuwał przed laty regularnie. Chciał się popisać, a znów przeholował.
Odprowadził Crawley wzrokiem. Rozważał, czy nie powinien czegoś powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, ale zrezygnował. Najlepiej było pozwolić jej się jak najprędzej zwinąć i cieszyć zabawą z dala od nich.
Wstyd ukrył pod gniewnie ściągniętymi brwiami, kipiącym złością spojrzeniem wymierzonym w Tessę.
W przeciwieństwie do niej wcale nie chciał zapominać o niej, o nich. Pielęgnował te wspomnienia w sobie, dokładał regularnie nowych bierwion do ognia tlącego się na pogorzelisku po ich związku, po czym zalewał je samogonem. Myśli o Tessie budziły w nim piekący ból, którym upajał się bardziej niż gorzałą. Rozkosznie bolesna pokuta wymierzona samemu sobie. Łotr sprawiedliwie ukrzyżowany za to, że zranił ją niezliczoną ilość razy. Nie dostrzegał jedynie, że bicz, który ukręcił na siebie, smagał też ją.
Wzmianka o Nokturnie podsyciła jedynie kiełkujący gniew, Woody powiódł oczami dookoła, aby sprawdzić, czy nikt niepożądany nie stoi w pobliżu i już miał się odgryźć, gdy Tessa zasznurowała mu gardło.
Clemensem od zawsze bywał jedynie w oczach Godryka, w złośliwych podszczypywaniach braci, na ustach matki zmywającej mu głowę i w papierach zakopanych na dnie archiwum Ministerstwa. Bywał nim też dla Quintessy Longbottom, gdy traciła doń cierpliwość.
Wtedy ujrzał w pełnej krasie, jak szybko i niebezpiecznie eskalowała ta sytuacja. Chciał utrzeć czarownicy nieco nosa, zostawić zirytowaną i przez resztę wieczoru uśmiechać się do niej bezczelnie przez plażę. Ot tyle tylko, żeby kręciła zniesmaczona głową czy pomstowała na niego znajomym. Kretyńska przepychanka słowna ściągnęła go w zastraszającym tempie do jądra wybuchu, oryginalnego grzechu.
Prawdopodobnie jedynie muszelka uratowała jego humor od całkowitej rozsypki. Muszelka zawieszona na sznureczku na piersiach, którą uważał jedynie za miły dodatek, odjęła teraz od jego ust to paskudne piwo, którego sam sobie nawarzył. Nie obrócił się na pięcie, nie deportował z Devon. Burknął jedynie:
— To gadaj sobie ze złodziejami. Strofuj ich choćby do usranej śmierci.
Wyzerował piwo, po czym odszedł w stronę Jonathana i Morpheusa.
Reakcja Dory była kubłem zimnej wody. Woody’emu zrobiło się wstyd za wciąganie dziewczyny w tę sytuację. Nie docenił, jak zaogniona może się stać, jaki efekt mogą przynieść jego słowa. Bo przecież to wszystko były żarty. Zawsze te pierdolone żarty; te same, które podmyły fundament jego małżeństwa. Słowa wygłoszone bez chwili refleksji i wyczucia sytuacji. Obecne poczucie winy było bliźniacze do tego, które odczuwał przed laty regularnie. Chciał się popisać, a znów przeholował.
Odprowadził Crawley wzrokiem. Rozważał, czy nie powinien czegoś powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, ale zrezygnował. Najlepiej było pozwolić jej się jak najprędzej zwinąć i cieszyć zabawą z dala od nich.
Wstyd ukrył pod gniewnie ściągniętymi brwiami, kipiącym złością spojrzeniem wymierzonym w Tessę.
W przeciwieństwie do niej wcale nie chciał zapominać o niej, o nich. Pielęgnował te wspomnienia w sobie, dokładał regularnie nowych bierwion do ognia tlącego się na pogorzelisku po ich związku, po czym zalewał je samogonem. Myśli o Tessie budziły w nim piekący ból, którym upajał się bardziej niż gorzałą. Rozkosznie bolesna pokuta wymierzona samemu sobie. Łotr sprawiedliwie ukrzyżowany za to, że zranił ją niezliczoną ilość razy. Nie dostrzegał jedynie, że bicz, który ukręcił na siebie, smagał też ją.
Wzmianka o Nokturnie podsyciła jedynie kiełkujący gniew, Woody powiódł oczami dookoła, aby sprawdzić, czy nikt niepożądany nie stoi w pobliżu i już miał się odgryźć, gdy Tessa zasznurowała mu gardło.
Clemensem od zawsze bywał jedynie w oczach Godryka, w złośliwych podszczypywaniach braci, na ustach matki zmywającej mu głowę i w papierach zakopanych na dnie archiwum Ministerstwa. Bywał nim też dla Quintessy Longbottom, gdy traciła doń cierpliwość.
Wtedy ujrzał w pełnej krasie, jak szybko i niebezpiecznie eskalowała ta sytuacja. Chciał utrzeć czarownicy nieco nosa, zostawić zirytowaną i przez resztę wieczoru uśmiechać się do niej bezczelnie przez plażę. Ot tyle tylko, żeby kręciła zniesmaczona głową czy pomstowała na niego znajomym. Kretyńska przepychanka słowna ściągnęła go w zastraszającym tempie do jądra wybuchu, oryginalnego grzechu.
Prawdopodobnie jedynie muszelka uratowała jego humor od całkowitej rozsypki. Muszelka zawieszona na sznureczku na piersiach, którą uważał jedynie za miły dodatek, odjęła teraz od jego ust to paskudne piwo, którego sam sobie nawarzył. Nie obrócił się na pięcie, nie deportował z Devon. Burknął jedynie:
— To gadaj sobie ze złodziejami. Strofuj ich choćby do usranej śmierci.
Wyzerował piwo, po czym odszedł w stronę Jonathana i Morpheusa.
Niteczka do Tessy dla Jonathana: głęboko czerwona niewygaszoną miłością, lecz na pewno jest w niej również sporo ciemnego: nigdy nieprzepracowanych problemów, żalu; nie wiem no Selwyn, wynocha z mojej nici, zboczony tłuku.
piw0 to moje paliwo