12.07.2024, 23:05 ✶
Przy ognisku
Alastor zmierzył Alexandra spojrzeniem i uśmiechnął się.
- Strzelaj - rzucił do niego wyszczerzony, o wiele bardziej niż powinien w takiej sytuacji, ale powodem nie była duma. Właściwie to nie lubił, kiedy sława go wyprzedzała. Oj, nie zrozumcie mnie źle, Alastor czuł zadowolenie kiedy przypomniał sobie, że to on doprowadził do kilku istotnych aresztowań i przez jego łeb przelatywał cień satysfakcji, kiedy docierało do niego, jak te gnojki się go bały. Po prostu rozpoznawalność utrudniała pracę. - Jesteś w tej trupie artystycznej występującej czasami w różnych miejscach - stwierdził. To nie było pytanie. - Ostatnio słyszę o was coraz więcej.
Moody go oceniał. Moody go testował. Moody go analizował. Przystojny, wysportowany, nieco ekscentryczny, ale jednocześnie sprawiał wrażenie, jakby brakowało mu charyzmy. Albo robił złe pierwsze wrażenia, albo po prostu tak przywykł do widoku tego cyrkowego grajdołka, że niechętnie wychylał łeb poza obręb Fantasmagorii. Nie do końca trafnie założył, że Brenna zapraszając go tutaj chciała uczynić większy krok w kierunku przysunięcia kilku cyrkowców bliżej Zakonu - w kontekście ich wymiany listów, a nie wieloletniej przyjaźni pomiędzy ich dwójką. To by znaczyło, że Bell szukał tutaj ochrony. Alastor nie miał przecież prawa wiedzieć, że w gruncie rzeczy to chciał po prostu odpocząć od myśli ciążących mu od początku sierpnia. Jaka szkoda - pewnie nie będzie mógł tego zrobić, bo bliźniacza dusza jego brata, objawiająca się w postaci równie nieobliczalnej osoby Millie Moody pojawiła się obok i bogowie obserwujący ich z góry musieli uśmiechnąć się szeroko, widząc liczne podobieństwa pomiędzy pewnymi siebie, silnymi mężczyznami uważającymi się za oparcie rodziny. Nawet wyglądali podobnie - najnormalniej na świecie, bo oboje nosili krótkie portki i proste, bawełniane, wzorzyste koszule i nie wstydzili się lekkiego zarostu wynikającego z permanentnego braku czasu i przepracowania. Dzisiaj Alastor (trzymajcie się siedzeń) również nie wyrwał się objęciom swojego upierdliwego charakteru - wyglądał jak zawsze.
Czy Alexander to widział? Ten uśmiech pełen miłości, jakim Alastor obdarował swoją siostrę. Miłości głębokiej i silnej jak diabli, ale nie takiej, jakiej Millie od niego oczekiwała. Gdyby wszechświat dał jej tego, czego chciała, dokładnie w tym momencie ich szczęście by się skończyło. Alastor by się skończył. Zniszczyłby się bezpowrotnie, a już teraz bywał zbyt szorstki, żeby dało się go znieść.
Objął Millie w pasie i spoglądał na nią szczęśliwy, garbiąc się przy tym. A później zadarł głowę w kierunku Eden, jak zawsze zalewany gradobiciem pytań, na które wcale nie musiał odpowiadać. Mills gadała wszystko, co jej ślina na język przyniosła, toczyła głośno monologi z samą sobą, a jego cieszyło to, że w przeciwieństwie do innych osób o jej charakterze, nie dusiła tego w środku. Miała w sobie bardzo dużo lęków, kiedy wypowiadała je głośno, mógł nawet samą swoją obecnością zapewniać ją, że zawsze, już zawsze będzie przy niej, obok. Byli rodzeństwem, tak? Nikt ich nie rozdzieli. Ona nie musiała bać się, że on zniknie. On nie musiał zamartwiać się, że sięgną ją złe moce. Musieli tylko sobie ufać, trzymać się za ręce...
Ale to, co się tu stało, to było... dużo.
- Oh, nie jest aż taka stara - spróbował zażartować, ale cholera, czasami nawet on miał gulę w gardle, a słynął z przelewania na chamskie słowa nawet najbardziej paskudnych myśli. - Nie mówiłem ci tego, że Eden odwiedziła cię w lecznicy, po tym jak znaleźli cię w Kniei? - Malfoy była drugą osobą, do której Alastor napisał. - I że... - urwał nagle, kręcąc nosem. Wyglądał jakby był po prostu nie w humorze. I jeżeli komuś wydawało się, że przesadził z reakcją - tak naprawdę to zareagowałby o wiele gorzej, gdyby nie przekazana mu przy wejściu na plażę muszelka. - Ja tu jestem głównie dla jedzenia - odpowiedział jej, przy okazji odkładając talerz z szaszłykiem w bezpieczne miejsce. Kurwa, najgorsze byłoby, gdyby Eden pomyślała sobie, że nie chciał jej tu widzieć. To nie była prawda, a może... Może była, bo to tak wiele komplikowało. Szkoda, że nie mógł cofnąć czasu i jakoś tego wszystkiego wyklepać. Ale mógł być teraz szczery, tak?
Skąd w nim nagle taki przypływ tej szczerości? Powinien wyjebać ten cholerny prezent...? Chociaż jedno przyjęcie bez takiej mysiej magii... Puścił Millie i przybliżył się na krok, żeby przytulić do siebie Eden, zupełnie jakby ta nie wyciągnęła ręki w jego kierunku.
- Cześć.
Kiedy ją puścił, był już właściwie gotowy do przedstawienia im milczącego Alexandra, ale w zasięgu wzroku pojawił się Bertie. Alastor powitał go skinieniem głowy, widzieli się przecież przed chwilą, a później pokręcił głową.
- Właściwie to jadłem ten szaszłyk patrząc się w ogień, nic tu nie piekłem - przyznał, odrobinę demaskując się w tym, że wciąż miał na punkcie ognia obsesję. Dziwne uczucia nie zniknęły od czasu Beltane i lubiły o sobie przypominać w najgorszych momentach. Przynajmniej od tego oprzytomniał. - Taa, dziewczyny, to jest Alexander Bell, przyjaciel Brenki. Alex - zdrobnił już jego imię - to Mildþryþ, moja siostra, a to Eden Mal- Eden Lestrange.
Katastrofalne lądowanie Prewetta sprawiło, że przyjęcie nie obyło się bez charakterystycznego dla Alastora westchnienia pełnego rozczarowania. Nie ruszył mu na pomoc, bo zrobił to Atreus.
fear is the mind-killer.