13.07.2024, 23:05 ✶
Mamo, ratuj - pomyślałem. Tak pomyślałem, uparcie zaciskając swoje oczy. Pragnąłem stąd zniknąć i znaleźć się w bezpiecznych murach swojego mieszkania, a najlepiej to domu rodzinnego. Z tą całą gromadą O’Dwyerów na pokładzie, w sensie w jednym pomieszczeniu, a może w pustym domu, ale... Z szarlotką na parapecie, zapachem tytoniu w powietrzu, pełnego doniczek na balkonie i beczek alkoholu w piwnicy. Było tam pełno pajęczyn, w tej piwnicy w sensie, ale było bezpiecznie. Nie było tam żadnych psów. Rodzice mnie z tym usłuchali.
Tylko że jak sobie wyobrażałem ten dom rodzinny, to sobie również wyobraziłem mamę. Stała oburzona, z dłońmi opartymi na bokach i ze słowami na ustach: Bóg ci tego nie wybaczy, Leoś! A ja nie wybaczę ci tego po stokroć! Groziła mi ciepło spojrzeniem. I machnęła rękoma bym się czym prędzej ruszył, ruszył się czym prędzej, bo zawieść Boga to była potężna rzecz, a zawieść matkę to jeszcze bardziej potężniejsza. Nie chciałem zawodzić mamy.
Ale było mi zimno, cały drżałem z zimna i z przerażenia, które wciąż nie opuszczało mojego ciała. Serce waliło mi jak szalone, na wargach czułem suchość i chyba nawet ugryzłem się w język w całym tym stresie, bo mnie bolał. A może to jednak nie język, tylko żuchwa od uciążliwego zaciskania. Otworzyłem oczy i powoli oparłem się na łokciu, podnosząc niepewnie. Rozglądałem się nieco otumaniony za swoimi oprawcami, nasłuchiwałem, jak gdyby mogły zaraz powrócić i ponownie zaatakować. To było wielce prawdopodobne, bo jak się nie ruszałem, to się pewnie znudziły, a jak się ruszałem, to znowu moglem być ciekawą zabawką.
Szamotanina pozbawiła mnie schludności, godności, pogody ducha i radości. Usiadłem, bo niczego podejrzanego nie słyszałem, a za to ujrzałem cień jakiejś osoby.
- Przepraszam! - podniosłem głos, będąc raczej w szoku niż działając rozważnie. Pomachałem ręką. - Szukam pewnego domu... Może mi pani powiedzieć, gdzie znajduje się numer pięć? - zapytałem cień, zbierając się niepewnie z ziemi. Little Hangleton? Dla mnie to wioska jak każda inna. Z reguły trzymałem się Londynu, bo tam się wychowałem i tam mieszkałem, tam głównie pracowałem, ale Little Hangleton było dla mnie wioską jak każdą inną. Bynajmniej do teraz. Mieszkały tu bezlitosne psy, a może były tu tylko przybłędami...?
Kiedy wstałem, świat mi nieco zawirował. Złapałem się za głowę, pochylając się nieco do przodu. Nie, nie było mi mdło. Chciałem widzieć grunt pod nogami.
Tylko że jak sobie wyobrażałem ten dom rodzinny, to sobie również wyobraziłem mamę. Stała oburzona, z dłońmi opartymi na bokach i ze słowami na ustach: Bóg ci tego nie wybaczy, Leoś! A ja nie wybaczę ci tego po stokroć! Groziła mi ciepło spojrzeniem. I machnęła rękoma bym się czym prędzej ruszył, ruszył się czym prędzej, bo zawieść Boga to była potężna rzecz, a zawieść matkę to jeszcze bardziej potężniejsza. Nie chciałem zawodzić mamy.
Ale było mi zimno, cały drżałem z zimna i z przerażenia, które wciąż nie opuszczało mojego ciała. Serce waliło mi jak szalone, na wargach czułem suchość i chyba nawet ugryzłem się w język w całym tym stresie, bo mnie bolał. A może to jednak nie język, tylko żuchwa od uciążliwego zaciskania. Otworzyłem oczy i powoli oparłem się na łokciu, podnosząc niepewnie. Rozglądałem się nieco otumaniony za swoimi oprawcami, nasłuchiwałem, jak gdyby mogły zaraz powrócić i ponownie zaatakować. To było wielce prawdopodobne, bo jak się nie ruszałem, to się pewnie znudziły, a jak się ruszałem, to znowu moglem być ciekawą zabawką.
Szamotanina pozbawiła mnie schludności, godności, pogody ducha i radości. Usiadłem, bo niczego podejrzanego nie słyszałem, a za to ujrzałem cień jakiejś osoby.
- Przepraszam! - podniosłem głos, będąc raczej w szoku niż działając rozważnie. Pomachałem ręką. - Szukam pewnego domu... Może mi pani powiedzieć, gdzie znajduje się numer pięć? - zapytałem cień, zbierając się niepewnie z ziemi. Little Hangleton? Dla mnie to wioska jak każda inna. Z reguły trzymałem się Londynu, bo tam się wychowałem i tam mieszkałem, tam głównie pracowałem, ale Little Hangleton było dla mnie wioską jak każdą inną. Bynajmniej do teraz. Mieszkały tu bezlitosne psy, a może były tu tylko przybłędami...?
Kiedy wstałem, świat mi nieco zawirował. Złapałem się za głowę, pochylając się nieco do przodu. Nie, nie było mi mdło. Chciałem widzieć grunt pod nogami.