Osobą, która pojawiła się w bibliotece, nie był Richard. Poczynił w tym przypadku błędne założenie. A do tego też założenie zbyt szybkie. W ogóle przy tym nie pomyślał. Na jego obronę, na obronę Roberta - takie pomyłki nie zdarzały się jemu szczególnie często. Ta konkretna wynikała najpewniej z dość prostej przyczyny. Nadal nie zdołał przyzwyczaić się do tego, jak dużo osób zamieszkiwało obecnie kamienice. Jeszcze nie tak dawno temu, żył tutaj w zasadzie sam. W okresie wakacyjnym natomiast z córką. Odzwyczaił się od tego, że budynek mógł tak po prostu tętnić życiem. Aby przyzwyczaić się na nowo, zwyczajnie potrzebował czasu. Dużych ilości czasu.
Tak samo, jak on nie powinien być zaskoczony obecnością Lorien, tak Lorien nie powinna być zaskoczona tym, że natrafiła na męża właśnie w tym miejscu. I może nawet tego zaskoczenia obydwoje by uniknęli, gdyby nie to, że żadne z nich do tej pory nie starało się jakoś lepiej tego drugiego poznać. Złożyli podpisy pod aktem małżeństwa, ale samego małżeństwa, tak po prawdzie nie próbowali stworzyć. Dbali jedynie o pozory. Fasadę. O to aby odpowiednio prezentować się w oczach innych.
- Lorien. - stwierdzenie faktu, któremu nie towarzyszyło w tym momencie nic, co można byłoby w sposób jednoznaczny uznać za przejaw niechęci w stosunku do obecności kobiety w tym miejscu, o tej porze. W chwili, kiedy najwyraźniej sam zdecydował się właśnie tutaj ukryć. Zapewne celem zyskania tej odrobiny spokoju.
Jeśli wypowiedziany żart go rozbawił, to tego również po sobie nie pokazał. Zamiast tego w pierwszej kolejności spojrzał na zegarek. Sprawdził godzinę. Przy pomocy zakładki oznaczył stronę, na której skończył czytać. Później zamierzał do tego wrócić. Niekoniecznie będzie to później w tym dniu, ale to już rzecz bez znaczenia. A przynajmniej bez znaczenia jakiegoś takiego, cóż, po prostu większego.
- Masz na policzku pozostałości proszku fiuu. Byłaś gdzieś? - proste pytanie. Stojąca za nim chęć sprawowania kontroli? Być może. Czekając na odpowiedź, obserwował jak zbliża się do starego gramofonu. Niezbyt często zdarzało się, aby ktokolwiek z niego korzystał. Sam Robert miałby zapewne nawet spore wątpliwości odnośnie tego czy sprzęt wciąż się do czegokolwiek nadawał. - Nie przejmuj się moją obecnością. Długo nie potrwa. - zareagował na pytanie. Tylko czy faktycznie znaczyło to, że muzyka miała mu nie przeszkadzać? Prawda była taka, że na usta wręcz cisnął się komentarz w stylu: o takie kwestie wypadałoby zapytać wcześniej. Zanim jeszcze zdążysz w kierunku takiego gramofonu wykonać swoje pierwsze kroki. Podjąć związane z nim działania.
Cale szczęście, Robert Mulciber był tym człowiekiem, który wbrew stwarzanym pozorom, wbrew temu co zdawał się prezentować, sztukę gryzienia się w język opanował w stopniu niemalże mistrzowskim. Mało który człowiek mógłby się z nim na tym polu równać.