16.07.2024, 20:50 ✶
Stoliki z Jonathanem i Morpheusem
Klnący pod nosem Woody, który zjawił się przy stoliku Morhpeusa oraz Jonathana, był błogo nieświadom tego, że przez cały ten czas go obgadywano. Nie żeby spodziewał się po tym duecie anielskiej uprzejmości, litościwie wyciągniętej ku cierpiącemu ręki czy czegokolwiek w tym rodzaju. Nie zwracał wcześniej po prostu uwagi na ich ukradkowe spojrzenia, szczególnie na pobłogosławione magiczną głębią spojrzenie wykolejonego podglądacza cudzych serc.
Nie potrzebował zresztą tych powodów, aby zacząć spotkanie od wymiany złośliwości, ponieważ już na wstępie zostały mu dostarczone inne za tym argumenty.
— Takiś cwany? Z nikim o nią nie konkuruję. — Łypnął na Morpheusa groźnie, pakując sobie na świeży talerzyk stek. Odkrawając w skupieniu kawałek, powiódł wzrokiem za piwem służącym bratu za wskaźnik. — Że z Bottem?! Kuchcik ma być dla mnie rywalizacją? — Za dużo by powiedzieć, że pisnął te słowa, lecz jego głos był zauważalnie wyższy z oburzenia.
Jonathan Selwyn również nie zawiódł, nękając udręczonego Tarpa swoimi błyskotliwymi uwagami.
— Jonathanie Selwynie — uniósł widelec ociekający tłuszczem niczym nauczycielski palec akcentujący pouczenie — zanik mody na kapelusze to najgorsze, co spotkało świat współczesny. — Bo kiedyś to było. Woody spojrzał podejrzliwie na podsunięte mu piwo, po czym wbił w samego mężczyznę wzrok tak intensywnie przenikliwy, jakby z braci Longbottom to jemu wylosowano z puli genetycznej widzenie więcej. — Zatrute?
Nim jednak podjął decyzję o tym, czy gra jest warta ryzyka, Morpheusa dotknęła boska zemsta. Podczas gdy Selwyn ruszył mu dzielnie na ratunek, Woody pochylił się tak, aby spojrzeć w oczy zgiętego w pół brata i zapytać w ludzkim odruchu (dostał już dziś przypomnienie o wadze złośliwości, a to się mogło jeszcze skończyć interwencją w Mungu):
— Będziesz ty żył? — Po czym podniósł wzrok na Jonathana: — Tak właśnie kończą szydercze hieny. Jesteś następny.
Zza tego obrazu tragedii wyłoniła się tymczasem inna: Isaac Bagshot obracający jego żonę. W sensie dosłownym jedynie, Merlinowi dzięki. Woody zacmokał z niesmakiem i otworzył piwo od Selwyna. Na tym etapie już mu było wszystko jedno, jaka mogła się pod kapslem kryć zasadzka.
— Młodzi mężczyźni — wycedził tonem zarezerwowanym dla imienia zaprzysiężonego wroga.
Klnący pod nosem Woody, który zjawił się przy stoliku Morhpeusa oraz Jonathana, był błogo nieświadom tego, że przez cały ten czas go obgadywano. Nie żeby spodziewał się po tym duecie anielskiej uprzejmości, litościwie wyciągniętej ku cierpiącemu ręki czy czegokolwiek w tym rodzaju. Nie zwracał wcześniej po prostu uwagi na ich ukradkowe spojrzenia, szczególnie na pobłogosławione magiczną głębią spojrzenie wykolejonego podglądacza cudzych serc.
Nie potrzebował zresztą tych powodów, aby zacząć spotkanie od wymiany złośliwości, ponieważ już na wstępie zostały mu dostarczone inne za tym argumenty.
— Takiś cwany? Z nikim o nią nie konkuruję. — Łypnął na Morpheusa groźnie, pakując sobie na świeży talerzyk stek. Odkrawając w skupieniu kawałek, powiódł wzrokiem za piwem służącym bratu za wskaźnik. — Że z Bottem?! Kuchcik ma być dla mnie rywalizacją? — Za dużo by powiedzieć, że pisnął te słowa, lecz jego głos był zauważalnie wyższy z oburzenia.
Jonathan Selwyn również nie zawiódł, nękając udręczonego Tarpa swoimi błyskotliwymi uwagami.
— Jonathanie Selwynie — uniósł widelec ociekający tłuszczem niczym nauczycielski palec akcentujący pouczenie — zanik mody na kapelusze to najgorsze, co spotkało świat współczesny. — Bo kiedyś to było. Woody spojrzał podejrzliwie na podsunięte mu piwo, po czym wbił w samego mężczyznę wzrok tak intensywnie przenikliwy, jakby z braci Longbottom to jemu wylosowano z puli genetycznej widzenie więcej. — Zatrute?
Nim jednak podjął decyzję o tym, czy gra jest warta ryzyka, Morpheusa dotknęła boska zemsta. Podczas gdy Selwyn ruszył mu dzielnie na ratunek, Woody pochylił się tak, aby spojrzeć w oczy zgiętego w pół brata i zapytać w ludzkim odruchu (dostał już dziś przypomnienie o wadze złośliwości, a to się mogło jeszcze skończyć interwencją w Mungu):
— Będziesz ty żył? — Po czym podniósł wzrok na Jonathana: — Tak właśnie kończą szydercze hieny. Jesteś następny.
Zza tego obrazu tragedii wyłoniła się tymczasem inna: Isaac Bagshot obracający jego żonę. W sensie dosłownym jedynie, Merlinowi dzięki. Woody zacmokał z niesmakiem i otworzył piwo od Selwyna. Na tym etapie już mu było wszystko jedno, jaka mogła się pod kapslem kryć zasadzka.
— Młodzi mężczyźni — wycedził tonem zarezerwowanym dla imienia zaprzysiężonego wroga.
piw0 to moje paliwo