09.01.2023, 23:25 ✶
Nic tu nie było normalne. To z nerwów? Chyba nie. Sauriel nie czuł, żeby rosło mu ciśnienie. Ale przecież… nie mógł tego czuć. Dopiero kiedy zeszli tymi schodami w dół, tym wąskim korytarzem, który rozszerzył się na dole, coś poczuł. Gdy mijali drzwi, niektóre wywalone ze swoich zawiasów, inne wciąż się trzymające, pół otwarte. Kiedy w tej ciszy słychać było ich kroki, a on przez to zaczynał iść coraz uważniej, coraz wolniej. Coraz ciszej. W takich miejscach człowiek zaczynał inaczej funkcjonować. I nie chodziło o to, że Sauriel miał jakiś szósty zmysł ostrzegający go przed zagrożeniem. W takich miejscach po prostu spodziewałeś się czegoś złego. Tylko że jak dotąd wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. Zastanawiał sie, czy na pewno dobrze prowadzi tunel - pod dom, gdzie mieli się dostać do jego piwnicy, a potem już prosto do ich poszukiwanego. Był tego tak pewien… i jednocześnie wcale nie ufał. Czy mógł to zrobić sam? Ano - mógł. Tylko że wtedy mogłoby to nastręczyć dziwnych problemów z powodu różnych możliwości zakończenia tego typu wątku.
Nie, wiadomo, że mu się nie śpieszyło. Z tym, że według niego już i tak nie było o czym gadać. była to już tylko kwestia przygotowań i formalności.
- Wolę nie. Im mniej Rookwoodów tym lepiej. - Dla tego świata. I dla jego własnego spokoju. Jej przyjęcie nazwiska nie było kwestią wyboru, już to przerobili, więc to też nie był atak w nią, w jej osobę i w to, że lepiej by było, żeby… a nie, w sumie to tak. Dokładnie miał na myśli to, co powiedział. Że lepiej by dla niej było, gdyby nie nosiła tego nazwiska. - Ale widzisz? Już mnie nawet lubisz. - Powiedział to z trochę większym stresem w środku niż powinien się tym przejmować. Oczywiście nie przejmował się tym, czy go lubiła czy nie tak od relacji. Przejmował się za to konsekwencjami, jakie lubienie czy nielubienie mogłoby przynieść. Ale poza tym to… tak. Właściwie to podobała mu się TAKA Tori, jaką poznał tego wieczoru. Naprawdę mógłby jej czasem podokuczać. Zwłaszcza, że tym razem się nie obrażała i traktowała to właśnie tak - jak żart. Bo i tym to było.
Zanotował w głowie, że dostał kolejne wyzwanie, ale te potraktował też raczej jako żart. Tak jak on żartem rzucał o odkrywaniu tych zalet i wad. Było to nieuniknione, skoro poznawać się chcieli. Tyle ustalili.
- Koniec korytarza, wejście do piwnicy i potem prosto do docelowego budynku… albo i nie. - Pusto. Było to tak abstrakcyjne, że Sauriel właściwie nie bardzo wiedział, na co patrzy. Tak, na ścianę. A kiedy się obrócił to zamiast patrzeć na korytarz - też patrzył na ścianę.
Prostokąt był idealnie prostokątny, o chropowatej, starej ścianie pachnącej wilgocią i zlepionym do niej kurzem. A jedynym źródłem światła tu było małe światełko różdżki.
- Ukradłaś może coś dla siebie do jedzenia przy okazji przebierania się? - Może to nie był czas na żarty, bo to wcale nie było śmieszne, ale powaga tej sytuacji jeszcze nie wskoczyła na swoje miejsce u Sauriela.
A przecież nikt nie wiedział, że tu byli.
Nie, wiadomo, że mu się nie śpieszyło. Z tym, że według niego już i tak nie było o czym gadać. była to już tylko kwestia przygotowań i formalności.
- Wolę nie. Im mniej Rookwoodów tym lepiej. - Dla tego świata. I dla jego własnego spokoju. Jej przyjęcie nazwiska nie było kwestią wyboru, już to przerobili, więc to też nie był atak w nią, w jej osobę i w to, że lepiej by było, żeby… a nie, w sumie to tak. Dokładnie miał na myśli to, co powiedział. Że lepiej by dla niej było, gdyby nie nosiła tego nazwiska. - Ale widzisz? Już mnie nawet lubisz. - Powiedział to z trochę większym stresem w środku niż powinien się tym przejmować. Oczywiście nie przejmował się tym, czy go lubiła czy nie tak od relacji. Przejmował się za to konsekwencjami, jakie lubienie czy nielubienie mogłoby przynieść. Ale poza tym to… tak. Właściwie to podobała mu się TAKA Tori, jaką poznał tego wieczoru. Naprawdę mógłby jej czasem podokuczać. Zwłaszcza, że tym razem się nie obrażała i traktowała to właśnie tak - jak żart. Bo i tym to było.
Zanotował w głowie, że dostał kolejne wyzwanie, ale te potraktował też raczej jako żart. Tak jak on żartem rzucał o odkrywaniu tych zalet i wad. Było to nieuniknione, skoro poznawać się chcieli. Tyle ustalili.
- Koniec korytarza, wejście do piwnicy i potem prosto do docelowego budynku… albo i nie. - Pusto. Było to tak abstrakcyjne, że Sauriel właściwie nie bardzo wiedział, na co patrzy. Tak, na ścianę. A kiedy się obrócił to zamiast patrzeć na korytarz - też patrzył na ścianę.
Prostokąt był idealnie prostokątny, o chropowatej, starej ścianie pachnącej wilgocią i zlepionym do niej kurzem. A jedynym źródłem światła tu było małe światełko różdżki.
- Ukradłaś może coś dla siebie do jedzenia przy okazji przebierania się? - Może to nie był czas na żarty, bo to wcale nie było śmieszne, ale powaga tej sytuacji jeszcze nie wskoczyła na swoje miejsce u Sauriela.
A przecież nikt nie wiedział, że tu byli.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.