22.07.2024, 22:32 ✶
Annaleigh ponownie miała rację; zdawali sobie z tego sprawę oboje — dyskusja z nią była błędem. Peregrinus był przecież rozsądnym mężczyzną, dlaczego więc zabłąkał się pod ten gabinet pod byle pretekstem?
Potrzebował tego. Odegrać się na niej choćby tą pasywną agresją; pozwolić, żeby spłynęła z niego ta długo kumulowana złość. Złość nie tylko na nią, a przede wszystkim na siebie. Nie mógł przestać sobie wyrzucać, że nie zauważył niczego wcześniej, że nie pomógł Dolohovowi, że był ślepy na to wszystko, co działo się tuż pod jego nosem. Vakel miał rację: powinien się zorientować.
Trelawney pokazał zęby, Annie również wysunęła pazury. Cokolwiek miało nadejść z jej strony, nie mógł za to winić nikogo prócz siebie. To on zaczął. Wepchnął się w ich spór, włożył palce między drzwi a futrynę i sprawdzał, czy Annaleigh mu je przytrzaśnie. Nie powinien był, ale nie potrafił inaczej.
Nie obawiał się w tym wszystkim tego, co planowała mu zrobić. Nic, co przychodziło mu do głowy, nie bolało aż tak, wyłączając jedną tylko opcję. Wariant, w którym echa tej beznadziejnej rozmowy docierają do Vakela. Byłoby mu wstyd za to, że miesza się tam, gdzie nie powinien. I to w tak głupi sposób.
Widząc, że Annaleigh wyciąga różdżkę i celuje w niego, Peregrinus natychmiast sięgnął po własną. Gdy zaklęcie pomknęło w jego stronę, cofnął się gwałtownie o krok, ale… nic się nie stało. Czar rozpierzchł się pod jego stopami, nie pozostawiając śladu.
Czarodziej chwilę stał w bezruchu, czekając, aby sprawdzić, czy coś się stanie. Nie stało się nic. Podniósł wzrok na Dolohovą. Jego ramionami wstrząsnął bezgłośny śmiech, któremu zawtórowało jedynie głośniejsze wypuszczenie powietrza nosem. Ulga pomieszała się z triumfem, szczęście mu tym razem dopisało.
Z kpiącym grymasem na twarzy podszedł bliżej, aby pokazać jej, że się nie boi, że nie przeraża go, cokolwiek kobieta trzyma w rękawie. Może i jedynie fart go uchronił, może właśnie miał wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tkwić po uszy w błocie, ale tego wieczora mu się udało i zamierzał wycisnąć to zwycięstwo do końca.
— Proszę postarać się bardziej następnym razem, pani Dolohov — powiedział, patrząc jej w twarz z bezczelnym uśmiechem.
Tyle go widziała. Wyszedł z gabinetu, nim zdążyła cisnąć za nim kolejne zaklęcie; opuścił Prawa Czasu i — co zdarzało się rzadko — wrócił do domu w iście wyśmienitym humorze.
Potrzebował tego. Odegrać się na niej choćby tą pasywną agresją; pozwolić, żeby spłynęła z niego ta długo kumulowana złość. Złość nie tylko na nią, a przede wszystkim na siebie. Nie mógł przestać sobie wyrzucać, że nie zauważył niczego wcześniej, że nie pomógł Dolohovowi, że był ślepy na to wszystko, co działo się tuż pod jego nosem. Vakel miał rację: powinien się zorientować.
Trelawney pokazał zęby, Annie również wysunęła pazury. Cokolwiek miało nadejść z jej strony, nie mógł za to winić nikogo prócz siebie. To on zaczął. Wepchnął się w ich spór, włożył palce między drzwi a futrynę i sprawdzał, czy Annaleigh mu je przytrzaśnie. Nie powinien był, ale nie potrafił inaczej.
Nie obawiał się w tym wszystkim tego, co planowała mu zrobić. Nic, co przychodziło mu do głowy, nie bolało aż tak, wyłączając jedną tylko opcję. Wariant, w którym echa tej beznadziejnej rozmowy docierają do Vakela. Byłoby mu wstyd za to, że miesza się tam, gdzie nie powinien. I to w tak głupi sposób.
Widząc, że Annaleigh wyciąga różdżkę i celuje w niego, Peregrinus natychmiast sięgnął po własną. Gdy zaklęcie pomknęło w jego stronę, cofnął się gwałtownie o krok, ale… nic się nie stało. Czar rozpierzchł się pod jego stopami, nie pozostawiając śladu.
Czarodziej chwilę stał w bezruchu, czekając, aby sprawdzić, czy coś się stanie. Nie stało się nic. Podniósł wzrok na Dolohovą. Jego ramionami wstrząsnął bezgłośny śmiech, któremu zawtórowało jedynie głośniejsze wypuszczenie powietrza nosem. Ulga pomieszała się z triumfem, szczęście mu tym razem dopisało.
Z kpiącym grymasem na twarzy podszedł bliżej, aby pokazać jej, że się nie boi, że nie przeraża go, cokolwiek kobieta trzyma w rękawie. Może i jedynie fart go uchronił, może właśnie miał wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tkwić po uszy w błocie, ale tego wieczora mu się udało i zamierzał wycisnąć to zwycięstwo do końca.
— Proszę postarać się bardziej następnym razem, pani Dolohov — powiedział, patrząc jej w twarz z bezczelnym uśmiechem.
Tyle go widziała. Wyszedł z gabinetu, nim zdążyła cisnąć za nim kolejne zaklęcie; opuścił Prawa Czasu i — co zdarzało się rzadko — wrócił do domu w iście wyśmienitym humorze.
Postacie opuszczają sesję
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie