27.07.2024, 14:21 ✶
Co tu się działo?! Nie chciałem w tym uczestniczyć. Bestia warczała, warczała wściekle, szamocząc się w więzach. Chciała się wydostać i mnie rozszarpać do końca, jakby los jej kazał, jakby chciał żebym tego wieczoru utracił życie. I to w tak okrutny sposób. Już widziałem oczami wyobraźni jak się wyrywa z tych więzów, ta bestia, i dopada do mnie, jak rwie mnie dalej, jak rozrywa na strzępy, jak się wykrwawiam, jak mnie właściwie już nie ma... I właśnie myślałbym o tych wszystkich rzeczach, których nie zdążę zrobić, gdybym mógł się chociaż skupić na czymkolwiek.
Nie. Ja stałem przygarbiony i wpatrywałem się w wyrywającą się bestię niczym w hipnotyzujący obrazek. Nie byłem w stanie nic nie zrobić. Nie byłem w stanie odwrócić oczu. Widziałem te ostre zęby, tę wściekłość, co mnie przytłaczało doszczętnie. Drżałem i tak jak stałem, to padłem na tyłek, kiedy bestia w mgnieniu oka zasnęła. Pękłem doszczętnie. Nie czułem się tak, jakbym tu był. Czy ja umarłem? Może już mnie nie było?
Objąłem się rękoma, jak gdyby mogło to dodać otuchy. Był głos i głos coś mówił o ranach, o tych moich ranach pełnych wścieklizny... Wypełnionych ich ślinąć, ich wściekłością. Nie mogłem, nie mogłem tego sobie wyrzucić z myśli. Co się stało? Co się działo? Czy ja żyłem?! Czy ja jeszcze żyłem?! Czy żyłem? I czy one mnie dobiją, kiedy tylko się zbudzą?
- Ja... nie wiem - wyrzuciłem z siebie przerażony. - One nigdy mnie nie lubią. One zawsze chcą mojej śmierci, a ja tylko szedłem. Ja sobie szedłem. Szedłem szybko do Pani Florence - mówiłem bardziej do siebie niż do swojej towarzyszki, nieświadomy w tej chwili, że to ona właściwie uratowała mi życie. Za to w napięciu czekałem na drgnięcie. Wiedziałem, że bestia prędzej czy później się obudzi, że się wgryzie w moje łapy. Z rozkoszą oderwie mi ręce.
Drgnąłem sam przerażony. Myślałem, że ruszyła, ale to był chyba tylko podmuch wiatru, który przemknął po jej śmierdzącej sierści.
Nie. Ja stałem przygarbiony i wpatrywałem się w wyrywającą się bestię niczym w hipnotyzujący obrazek. Nie byłem w stanie nic nie zrobić. Nie byłem w stanie odwrócić oczu. Widziałem te ostre zęby, tę wściekłość, co mnie przytłaczało doszczętnie. Drżałem i tak jak stałem, to padłem na tyłek, kiedy bestia w mgnieniu oka zasnęła. Pękłem doszczętnie. Nie czułem się tak, jakbym tu był. Czy ja umarłem? Może już mnie nie było?
Objąłem się rękoma, jak gdyby mogło to dodać otuchy. Był głos i głos coś mówił o ranach, o tych moich ranach pełnych wścieklizny... Wypełnionych ich ślinąć, ich wściekłością. Nie mogłem, nie mogłem tego sobie wyrzucić z myśli. Co się stało? Co się działo? Czy ja żyłem?! Czy ja jeszcze żyłem?! Czy żyłem? I czy one mnie dobiją, kiedy tylko się zbudzą?
- Ja... nie wiem - wyrzuciłem z siebie przerażony. - One nigdy mnie nie lubią. One zawsze chcą mojej śmierci, a ja tylko szedłem. Ja sobie szedłem. Szedłem szybko do Pani Florence - mówiłem bardziej do siebie niż do swojej towarzyszki, nieświadomy w tej chwili, że to ona właściwie uratowała mi życie. Za to w napięciu czekałem na drgnięcie. Wiedziałem, że bestia prędzej czy później się obudzi, że się wgryzie w moje łapy. Z rozkoszą oderwie mi ręce.
Drgnąłem sam przerażony. Myślałem, że ruszyła, ale to był chyba tylko podmuch wiatru, który przemknął po jej śmierdzącej sierści.