29.07.2024, 00:56 ✶
- Urzędników, którzy utknęli gdzieś pomiędzy? - Zaśmiał się. - Kamień, papier, nożyce to święta gra, całkowicie zaakceptowaliśmy naszą porażkę. - Przez krótki moment był cichutko - dokładnie tych kilka sekund, jakich potrzebował na zauważenie cienia delikatnego uśmiechu, jaki zawitał na twarzy egzorcysty. - Poza tym... co za przygoda, co za towarzystwo, jak widać noszenie bagaży, potrafi oddać swoje.
Nie narzekałby, gdyby jego uśmiech poszerzył się bardziej i w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, jak rzadko myślał w ten sposób o ludziach przy pierwszym spotkaniu. No dobra - nie widział Sebastiana pierwszy raz, ale ich interakcje były ograniczone, właściwie to nieistniejące, co kapłan udowodnił przed chwilą, nie potrafiąc skojarzyć go z czymkolwiek. Ale to na pewno było pierwsze spotkanie od dawien dawna, pierwsze nadające tej relacji jakiś początek i rytm i Moody nawet mimo nieśmiałości Macmillana czuł chemię. Niektórzy ludzie samą swoją obecnością zarażali umysły i to chyba był jeden z tych przypadków.
- I po stronie wilkołaków - zauważył i dodał niby-uspokajająco - ale nie spodziewam się ich tam. - Niby, no bo jakie to było uspokojenie, skoro od razu droczył się z nim znowu? - Może jest jak wąż. Zjada jedną mysz, a później trawi. - Pierwszy raz od niepamiętnych czasów zwątpił we własny dowcip. - Przeszkadza ci moje poczucie humoru? - Pytanie zadał, chociaż niepewność kiepsko leżała w jego ustach.
Miejscowość, w jakiej się znajdowali, należała do tych malowniczych. Moody przywykł do innych widoków - zwykle wysyłano go do najgorszych miejsc - takich, co niegdyś musiały być bardzo przyjemne dla oka - to mówił już sam budynek dworca, niestety wszystkie budynki nadgryzione były zębem czasu lub stały się ofiarami prób pomieszczenia jak największej liczby ludzi na jak najmniejszej przestrzeni. Kamieniczkom daleko było do bloków z wielkiej płyty charakterystycznych dla państw zza żelaznej kurtyny, ale ciasnota i budżetowość nieco kuły w oczy, kiedy człowiek nawykł do klimatu czarodziejskich ulic Londynu. Edynburg... Edynburg wydawał mu się nawet piękniejszy niż Pokątna i Horyzontalna. Tacy ludzie jak on rzadko pochylali się nad pięknem miejscowości, w których znaleźli się z przyczyn zawodowych, stolica Szkocji onieśmielała jednak swoją wyjątkowością i oczarowała również jego.
- Nasz hotel jest tam, bardzo blisko dworca. W nocy trochę męczą dźwięki stacji... ale zgadnij co, w nocy nas tam nie będzie. Ze złych wieści - w dzień męczą jeszcze mocniej.
Wskazał mu palcem jedną z kamieniczek. Faktycznie, na eleganckiej fasadzie ktoś zawiesił nieestetyczny, paskudny wręcz w zestawieniu z otoczeniem napis - HOTEL. Świecił się i buczał nieprzyjemnie, najwyraźniej podłączony do mugolskiego... prądu. To nie był hotel czarodziejów.
Nie narzekałby, gdyby jego uśmiech poszerzył się bardziej i w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, jak rzadko myślał w ten sposób o ludziach przy pierwszym spotkaniu. No dobra - nie widział Sebastiana pierwszy raz, ale ich interakcje były ograniczone, właściwie to nieistniejące, co kapłan udowodnił przed chwilą, nie potrafiąc skojarzyć go z czymkolwiek. Ale to na pewno było pierwsze spotkanie od dawien dawna, pierwsze nadające tej relacji jakiś początek i rytm i Moody nawet mimo nieśmiałości Macmillana czuł chemię. Niektórzy ludzie samą swoją obecnością zarażali umysły i to chyba był jeden z tych przypadków.
- I po stronie wilkołaków - zauważył i dodał niby-uspokajająco - ale nie spodziewam się ich tam. - Niby, no bo jakie to było uspokojenie, skoro od razu droczył się z nim znowu? - Może jest jak wąż. Zjada jedną mysz, a później trawi. - Pierwszy raz od niepamiętnych czasów zwątpił we własny dowcip. - Przeszkadza ci moje poczucie humoru? - Pytanie zadał, chociaż niepewność kiepsko leżała w jego ustach.
Miejscowość, w jakiej się znajdowali, należała do tych malowniczych. Moody przywykł do innych widoków - zwykle wysyłano go do najgorszych miejsc - takich, co niegdyś musiały być bardzo przyjemne dla oka - to mówił już sam budynek dworca, niestety wszystkie budynki nadgryzione były zębem czasu lub stały się ofiarami prób pomieszczenia jak największej liczby ludzi na jak najmniejszej przestrzeni. Kamieniczkom daleko było do bloków z wielkiej płyty charakterystycznych dla państw zza żelaznej kurtyny, ale ciasnota i budżetowość nieco kuły w oczy, kiedy człowiek nawykł do klimatu czarodziejskich ulic Londynu. Edynburg... Edynburg wydawał mu się nawet piękniejszy niż Pokątna i Horyzontalna. Tacy ludzie jak on rzadko pochylali się nad pięknem miejscowości, w których znaleźli się z przyczyn zawodowych, stolica Szkocji onieśmielała jednak swoją wyjątkowością i oczarowała również jego.
- Nasz hotel jest tam, bardzo blisko dworca. W nocy trochę męczą dźwięki stacji... ale zgadnij co, w nocy nas tam nie będzie. Ze złych wieści - w dzień męczą jeszcze mocniej.
Wskazał mu palcem jedną z kamieniczek. Faktycznie, na eleganckiej fasadzie ktoś zawiesił nieestetyczny, paskudny wręcz w zestawieniu z otoczeniem napis - HOTEL. Świecił się i buczał nieprzyjemnie, najwyraźniej podłączony do mugolskiego... prądu. To nie był hotel czarodziejów.
fear is the mind-killer.