11.01.2023, 19:23 ✶
Adrenalina. Całkiem przyjemna rzecz, a dla większości ludzi wręcz uzależniająca. W chwilach takich jak ta o adrenalinie spokojnie można było mówić. Ta cisza. Ten grobowy nastrój. Ta świadomość, że zaraz przejdzie do czynów i już mała szansa, że będzie miejsca na słowa, dopóki któraś ze stron nie wywiesi białej flagi. Nie złoży broni, jaką były różdżki.
Pytanie brzmiało: czy wiedzieli.
Zatrzymał się, czując gest, dotyk Victorii i pozwolił jej działać. Mógł jej nie znać, mógł jej nie ufać, ale czasami nie musisz człowieka dokłądnie znać ni wielce mu ufać, żeby wiedzieć jedno: on wie, co robi. Tak samo myślał o Victorii. Tutaj kwestie prywatne były bardzo względne, a jej profesjonalność, jego zdaniem, była podyktowana samym faktem, że była aurorem. Jasne - byli lepsi i gorsi. Gdyby przyszło mu obcować z aurorem całkowicie mu obcym i nieznanym, robiłby raczej swoje, a tamtego traktował jako “coś, co zostało doczepione”. Trochę jak te kulki, które się wczepiają w kocią sierść, kiedy przechodził przez zboże. Czym się więc Victoria różniła? Ano chociażby tym, że zamienił z nią parę słów. A przede wszystkim tym, że była kujonką i prymuską, dumą szkoły i rodziców. Chociaż nie miał pojęcia, że jej matka była tak surowa, że nawet nie głaskała córki po główce. Nie to, że spodziewał się, że dorastała w pełnej miłości rodzinie, oj nie. Ale, w przeciwieństwie do siebie, uważał, że była powodem do dumy rodziców.
Drzwi się otworzyły, a oni ruszyli na korytarz.
Rozciągnięty w obie strony korytarz powitał ich wiszącą szafką i komodą pod nią. Obok były jakieś stare, niewielkie obrazy - nieruchome. Nie namalował ich żaden sztukmistrz, a zebrały tyle kurzu, że zapomniały, jakiego koloru były wcześniej. Kończyły się drzwiami z jednej strony - zamkniętymi, a po ich lewej - otworzonymi. Prowadziły do kuchni. Na ścianie, z której wychodziły drzwi do piwnicy, a w których oni właśnie stali, były jeszcze dwie pary drzwi. Te bliżej kuchni były uchylone. Słychać tam było żeński i męski głos - rozprawiali, zdaje się, na temat ostatniego wyścigu Abraxanów w Szkocji. Albo temat się mieszał. Sauriel się przez moment tylko wsłuchał w rozmowę, żeby upewnić się, że nie oscyluje ona wokół nich. Nie wiedział nawet, czego się spodziewał. Wyprostował się, oczyścił z brudu i ruszył korytarzem w kierunku kuchni, w której słychać było szczęk talerzy i powolne bulgotwanie wody. Zaraz pewnie czajnik zacznie świszczeć. Zatrzymał się przed drzwiami do czegoś, co chyba było salonem. Migotało tam światło kominka. Sauriel wskazał gestem, obracając się do Victorii na nią i na kuchnię, a potem na siebie i na salon.
Pytanie brzmiało: czy wiedzieli.
Zatrzymał się, czując gest, dotyk Victorii i pozwolił jej działać. Mógł jej nie znać, mógł jej nie ufać, ale czasami nie musisz człowieka dokłądnie znać ni wielce mu ufać, żeby wiedzieć jedno: on wie, co robi. Tak samo myślał o Victorii. Tutaj kwestie prywatne były bardzo względne, a jej profesjonalność, jego zdaniem, była podyktowana samym faktem, że była aurorem. Jasne - byli lepsi i gorsi. Gdyby przyszło mu obcować z aurorem całkowicie mu obcym i nieznanym, robiłby raczej swoje, a tamtego traktował jako “coś, co zostało doczepione”. Trochę jak te kulki, które się wczepiają w kocią sierść, kiedy przechodził przez zboże. Czym się więc Victoria różniła? Ano chociażby tym, że zamienił z nią parę słów. A przede wszystkim tym, że była kujonką i prymuską, dumą szkoły i rodziców. Chociaż nie miał pojęcia, że jej matka była tak surowa, że nawet nie głaskała córki po główce. Nie to, że spodziewał się, że dorastała w pełnej miłości rodzinie, oj nie. Ale, w przeciwieństwie do siebie, uważał, że była powodem do dumy rodziców.
Drzwi się otworzyły, a oni ruszyli na korytarz.
Rozciągnięty w obie strony korytarz powitał ich wiszącą szafką i komodą pod nią. Obok były jakieś stare, niewielkie obrazy - nieruchome. Nie namalował ich żaden sztukmistrz, a zebrały tyle kurzu, że zapomniały, jakiego koloru były wcześniej. Kończyły się drzwiami z jednej strony - zamkniętymi, a po ich lewej - otworzonymi. Prowadziły do kuchni. Na ścianie, z której wychodziły drzwi do piwnicy, a w których oni właśnie stali, były jeszcze dwie pary drzwi. Te bliżej kuchni były uchylone. Słychać tam było żeński i męski głos - rozprawiali, zdaje się, na temat ostatniego wyścigu Abraxanów w Szkocji. Albo temat się mieszał. Sauriel się przez moment tylko wsłuchał w rozmowę, żeby upewnić się, że nie oscyluje ona wokół nich. Nie wiedział nawet, czego się spodziewał. Wyprostował się, oczyścił z brudu i ruszył korytarzem w kierunku kuchni, w której słychać było szczęk talerzy i powolne bulgotwanie wody. Zaraz pewnie czajnik zacznie świszczeć. Zatrzymał się przed drzwiami do czegoś, co chyba było salonem. Migotało tam światło kominka. Sauriel wskazał gestem, obracając się do Victorii na nią i na kuchnię, a potem na siebie i na salon.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.