Dla niektórych ludzi, małżeństwo nie było niczym więcej jak kolejną, zawartą umową. Porozumieniem, którego szczegóły zostały wcześniej uzgodnione przez obydwie strony, i na którego końcu widniały dwa podpisy. Podpisy należące do dwóch osób, które miały czerpać z tego pewne korzyści. Do takich właśnie zdawał zaliczać się związek Roberta oraz Lorien Mulciberów. Żyli bardziej obok siebie niż razem ze sobą. Funkcjonowali bardziej jak współlokatorzy niż faktyczni partnerzy.
Żadne jednak nie wydawało się na ten stan rzeczy narzekać.
- Robercie pokładam w Tobie większą wiarę, niż żeby się upewniać za każdym razem czy mnie słuchasz. - słysząc te słowa darował sobie komentarz. Darował sobie jakąkolwiek reakcje. Skupił się natomiast na tym, co padło chwilę później.
Oczywiście, że to nie będzie łatwe. Dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
- Dbanie o Ciebie nie jest już ich obowiązkiem, a moim, Lorien. - pozwolił sobie zwrócić uwagę na ten szczegół. I ktoś naiwny mógłby może pomyśleć w tym momencie, że tak troskliwego, opiekuńczego partnera, to nic tylko ze świecą szukać. Problem w tym, że słowa bardzo często warte były tyle co nic. I podobnie dużo człowieka kosztowały. Brzmiały ładnie, ale na tym właśnie wszystko zdawało się kończyć.
Nie śpieszył się z tym, żeby odpowiedzieć cokolwiek na pytanie, które zadała. Zareagować na propozycje, która się za nimi kryła? Na początku po prostu na nią patrzył bez słowa. Robert Mulciber nie był człowiekiem towarzyskim. Chętnym do spotkań. A kiedy dodać do tego, że spotkać miałby się z własną teściową? Z Adeline Prewett? Zapewne dużo chętniej oddałby się w ręce Czarnego Pana - sam by go poprosił o zaciśnięcie palców na gardle. O pozbawienie oddechu.
- Wystarczy, że przed wyjściem mnie poinformujesz. - nie odmówił wprost. Zamiast tego poprosił raz jeszcze o stosowanie się do tej prostej zasady. Chciał informacji przed wyjściem. Nie rano, podczas śniadania. Nie w momencie, kiedy coś innego zaprzątało jego głowę i najpewniej nawet jej nie słuchał.
Nieistotne, że to ostatnie mogło mieć miejsce przez lwią część czasu.
Dzień wcześniej, poprzedniego wieczora, powiedzieli sobie dużo. Rzeczywiście tak było. Nie znaczy to jednak, iż nie istniały inne sprawy, które również przydałoby się omówić. Poświęcić im odpowiednie ilości uwagi i czasu. Poczekał aż zajmie miejsce. Aż będzie gotowa, żeby kontynuować, a w zasadzie to rozmowę zacząć.
- O kilka kwestii. - odpowiedział. Niby miał zaraz bibliotekę opuścić, ale nie dało się powiedzieć, żeby śpieszył się jakoś nadmiernie. Śpieszył się z tym w ogóle? - Przede wszystkim powrót do pracy oraz kwestie... powiedzmy, że medyczne. Do tego również drobna prośba, o ile byłabyś taki miła, żeby z tym wszystkim pomóc. - wyjaśnił, nie wychodząc jednak w szczegóły. Tak jak to miał w zwyczaju. Na nie przyjdzie czas za chwilę. Może dwie, albo trzy. W odpowiednim momencie, kiedy daną kwestie wreszcie faktycznie poruszą. Do niej zdecydują się przejść.
Dał jej chwilę na przetrawienie tego. Na zastanowienie się. Względnie spokojne przeanalizowanie. Cokolwiek potrzebowała. Nie była to jednak chwila na tyle długa, żeby możliwe było wtrącenie czegoś więcej. W końcu przeszedł bowiem do tego, co faktycznie miało tutaj jakieś znaczenie.
- Nie chciałbym, żebyś już teraz wracała do pracy na pełen etat. - rzucił.
Poważny. Świadomy tego, czego wymagał. Zdający sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe do osiągnięcia. Lorien nie da się do tego łatwo przekonać. Dlatego też, zamiast mówić dalej, po prostu urwał po tych pierwszych słowach. Czekał na jej reakcje. Na protesty, których zdawał się być wręcz absolutnie pewien.