Nie oczekiwał żadnych deklaracji. Nie na samym początku. Nie przed tym, jak wszystko jej przedstawi. W odpowiedni sposób postara się nakreślić. Chciał wszystko omówić na spokojnie. Krok po kroku. W taki sposób, aby było to zwyczajnie zrozumiałe. A przy okazji – dało mu nieco większą szansę na odniesienie pewnego… cóż, sukcesu. Tak można to określić.
- Pozwólmy, że dla dobra nas obojga, dla dobra tej… unii, którą stworzyliśmy, udam że tego po prostu nie usłyszałam. – oczywiście, że nie spodziewał się niczego innego. Choć nie był Alexandrem Mulciberem, nie posiadał trzeciego oka, to ta rozmowa… mógłby ją zapewne przeprowadzić całkiem sam. Doskonale bowiem wiedział, w jaki sposób Lorien na to wszystko zareaguje. Tylko czy stanowiło to dla niego faktyczny problem?
- Nie, Lorien. – stanowczy, uparty. Jak często taki bywał przy niej? Jak często w taki sposób się do niej odnosił. – Mówiłem Ci wczoraj, że chcę odzyskać żonę. I zrobię wszystko, żeby ona naprawdę wróciła. – pozwolił sobie odnieść się do nie tak dawnych słów; do słów, które sam wypowiedział. Pamiętała? Nie minęło przecież wiele czasu. Niewiele ponad doba. Były wciąż względnie świeże.
Być może z góry zakładał, że będzie to walka przegrana. Być może nawet nie planował w tym przypadku zwycięstwa? To ciężko było stwierdzić. Pozwolił sobie wyciągnąć w jej kierunku dłoń, nachylić się nad stołem. Zniwelować odległość, która ich w tym momencie dzieliła. Palce dotknęły włosów, prześlizgnęły się po nich. Na tyle, na ile pozwoliła.
Następnie cofnęły się. Robert się cofnął. Przyjął ponownie wcześniejszą pozę.
- Nie chciałbym, żebyś z miejsca rzuciła się w wir pracy. To były ciężkie tygodnie, właściwie nawet miesiące. Uważam, że dla naszego dobra, powinnaś to zrobić powoli. Krok po kroku. Ostrożnie. – wrócił do tematu. Przedstawił jej swoje zdanie. Przedstawił pierwsze żądania, które zdecydował się względem niej wysunąć? Można było to tak odebrać. W ten sposób. – Za jakiś czas na pewno poczujesz się wystarczająco dobrze, ale… to wciąż jest przed Tobą.
Obserwował ją. Starał się wychwycić każdą zmianę. Każdą jedną reakcje na wypowiadane właśnie słowa. Jak bardzo jest niezadowolona? Jak bardzo to wszystko jej nie odpowiadało? Gotów był to ciągnąć. Całą tę farsę. Oczywiście ze względnym umiarem. Jego celem nie było przecież wywołanie tutaj iście karczemnej awantury. Doprowadzenia do przerwania tej rozmowy już na tym temacie.
Nie. To byłoby dalekie względem tego co chciał osiągnąć. Dlatego choć stanowczy, Robert zostawiał jej miejsce na sprzeciw. Na dyskusje. Argumenty. Próby znalezienia jakiegoś konsensusu. Wypracowania rozwiązania, na które zgodziłyby się obydwie strony. I miejsca tego, wbrew temu co mogło wydawać się na pierwszy rzut oka, było w tym przypadku naprawdę sporo. Nic nie zostało zamknięte. Raz i na zawsze ukrócone.