Próbował sobie przypomnieć, czy kojarzył Erika ze swoich lat szkolnych. Zazwyczaj miał z tym problem - chodził swoimi drogami, zwracał na świat tyle uwagi, ile świat uwagi na nim wymuszał. Wolał wygrzewać się na słońcu, szukać pustych korytarzy i zakątków w zamku, gdzie możesz siedzieć na parapecie i spoglądać na malutki świat mieszczący się w twojej dłoni. Zmieniło się dziś to, że już nie spoglądał na ten świat z tą samą ciekawością. Wygrzewanie się na słońcu było tylko snem, a ponieważ nie śnił - jawnie stawało się nieosiągalne. Oczy Erika miały poblask słońca, więc teraz zastanawiał się - znał go? Poznał? Widział cień jego osoby w kąciku swoich oczu, kiedy sam przechodził chyłkiem korytarzy, w ich cieniu, żeby nikt nie przecinał z nim ścieżek? Chyba nie. Chyba nie kojarzył go wcale, a miał wrażenie, że tak charyzmatyczna osoba nie mogła przejść obok niego obojętnie. Że by nie zapomniał, jeśli tylko mógł ufać swojej wspaniałej pamięci. A nie mógł.
- Od Brenny? Kurwa, Merlinie, uchowaj. - Wymruczał żartem. Tak, Brenna. Kwintesencja owsików w dupsku, ale był jej wdzięczny, że opiekowała się Victorią i pomagała jej trwać mimo wszystkich przeciwności. Nie ciężko było też o niej usłyszeć, kiedy miało się swój zakątek w Ministerstwie Magii. Była wszędzie, robiła niemal wszystko, połowa jej przygód, która plotkami chodziła, była przekolorowana, druga niedokolorowana odpowiednio. - Przy naszym pierwszym spotkaniu to ja przyłożyłem jej. Aresztowała mnie za to. - Sauriel uśmiechnął się cwaniacko, z rozbawieniem wspominając tamtą sytuację i to, jak już w pewnym momencie Brenna miała go dość i po prostu wcisnęła go na standardowe 24h do paki, żeby go potem wypuścić. A miała dość tego prawniczego bełkotu, którym ją zasypał. W tamtej chwili też zostali połączeni nierozerwalnym więzem miłości do Władcy Pierścieni i Tolkienowskich tworów.
Odliczył odpowiednią ilość kroków razem z Erikiem, żeby znaleźli się w sprawiedliwej odległości dla siebie. Chociaż odległość dla Sauriela zawsze była przeszkodą. Nie pozwalała bić, gryźć, rozszarpywać rękoma. Specyficzne mrowienie w kraniuszkach palców rozbudzało. Sprawiło, że czarne oczy wypełzły z marazmu i rozbudziły się w końcu do życia, kiedy wyczekiwał pierwszego zaklęcia przetaczając swoją różdżką małe kółka, jakby już miał w zapleczu jakieś zaklęcie. Nie miał.
Na taki płomień zresztą ciężko było mieć jakiekolwiek zaklęcie.
Jak to było? Że chodzi o to, żeby kogoś nie uszkodzić? Sauriel aż szerzej otworzył ślepia, aż włoski stanęły dęba na jego karku. instynktownie zszedł z drogi ognia - a przynajmniej chciał zejść.
Sukces!
Wraz z ruchem przesunięcia się szarpnął różdżką, żeby w odpowiedzi posłać falę wody.
Slaby sukces...
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.