14.08.2024, 13:36 ✶
Nie było się co czarować: Woody do tej pory o mechanice guzik wiedział. Miał natomiast dużo zapału i nieco wolnego czasu, co musiało mu wystarczyć. Choć prawdopodobnie rozwiązaniem potencjalnych problemów z potencjalnym wehikułem będą koniec końców pieniądze, które wręczy tym, co się na tym znają.
Że Crow jest nieswój, widać było jak na dłoni. Zapewne miłym gestem byłoby zapytać, skąd ta markotność, lecz Tarp nigdy nie miał talentu do zgrabnego napoczynania trudnych tematów. Z pomocą przychodził mu bar: w parze z przelaną czarą trzeźwości szło zwykle przelanie czary goryczy i balonik smutków sam z siebie pękał.
— No jasne — powtórzył za mężczyzną, kiwając przeciągle głową, jakby i on potrzebował się przekonać, że absolutnie do tej przejażdżki dojdzie. — Właściwie to w jakim ty gównie ostatnio siedzisz, młody?
No, subtelność, można by powiedzieć.
Bo że Crow siedzi w gównie po same uszy był przekonany. Nie widział go w życiu poza balią z gównem.
— Jedź i nie daj się złapać. Jakieś morze, góry, podobno jest na świecie co zwiedzać. Co cię tu niby trzyma?
Wylecenie w nocne niebo i nieoglądanie się za siebie — jakkolwiek romantycznie by nie brzmiało — nigdy nie było snem Woody’ego. Nawet w najgorszych momentach nie szukał przyjemności i rozwiązań w zmianie otoczenia. Urodził się w Anglii i w Anglii do końca miał pozostać. Rozpiął swoje życie między Londynem a Doliną Godryka i nawet gdy zboczył na ścieżkę wyrzutka, chcąc deklaratywnie odciąć się od poprzedniego życia, nie wyszedł poza tę znajomą sieć. Wygodnie mu było tu, w rodzimym otoczeniu, i nie nęciły go żadne podróże, szczególnie dalsze.
Bo spójrzcie tylko na tę urokliwą Pokątną, która rozciągnęła się przed dwoma bohaterami! Ulica wszystkich smaków, animowanych kolorowych wystaw, łaskoczącego uszy hałasu. Te witryny! Te kolory! Ci… złodzieje?
Pogrążony w myślach Woody nie zdążył wystarczająco szybko zareagować, gdy między nimi znalazł się dzieciak. Ręka, którą wyciągnął w stronę chłopaczka, zamiast kołnierza capnęła powietrze. Również Tarpaulin, stary glina, nie miał problemu z interpretacją tej sytuacji. Zareagował nieco żywiej niż Crow, bo zamiast męczeńskiego westchnienia, z jego ust wyszło przekleństwo. Ściągnął gniewnie brwi, zacisnął pięści i podążył wraz ze swoim towarzyszem z powrotem na Nokturn, słodko nieświadomy jeszcze, że ofiary tej kradzieży były dwie.
Przy boku Edge’a wyglądał nieco groźniej i bardziej imponująco: z kapeluszem wyższy o całą głowę, barczysty, stojący na szerokich nogach i gotowy wymierzać sprawiedliwość.
— Macie jeszcze szansę tego nie pożałować — zawtórował młodszemu koledze, po czym… dobył różdżki?
Dobył… różdżki?
Kurwa, gdzie jest różdżka?
— Wy małe obsrańce! — Wszelki animusz wyparował, wypełnił go gniew i oburzenie. Rzucił się ku najbliższemu złodziejaszkowi, próbując chwycić go za fraki.
Że Crow jest nieswój, widać było jak na dłoni. Zapewne miłym gestem byłoby zapytać, skąd ta markotność, lecz Tarp nigdy nie miał talentu do zgrabnego napoczynania trudnych tematów. Z pomocą przychodził mu bar: w parze z przelaną czarą trzeźwości szło zwykle przelanie czary goryczy i balonik smutków sam z siebie pękał.
— No jasne — powtórzył za mężczyzną, kiwając przeciągle głową, jakby i on potrzebował się przekonać, że absolutnie do tej przejażdżki dojdzie. — Właściwie to w jakim ty gównie ostatnio siedzisz, młody?
No, subtelność, można by powiedzieć.
Bo że Crow siedzi w gównie po same uszy był przekonany. Nie widział go w życiu poza balią z gównem.
— Jedź i nie daj się złapać. Jakieś morze, góry, podobno jest na świecie co zwiedzać. Co cię tu niby trzyma?
Wylecenie w nocne niebo i nieoglądanie się za siebie — jakkolwiek romantycznie by nie brzmiało — nigdy nie było snem Woody’ego. Nawet w najgorszych momentach nie szukał przyjemności i rozwiązań w zmianie otoczenia. Urodził się w Anglii i w Anglii do końca miał pozostać. Rozpiął swoje życie między Londynem a Doliną Godryka i nawet gdy zboczył na ścieżkę wyrzutka, chcąc deklaratywnie odciąć się od poprzedniego życia, nie wyszedł poza tę znajomą sieć. Wygodnie mu było tu, w rodzimym otoczeniu, i nie nęciły go żadne podróże, szczególnie dalsze.
Bo spójrzcie tylko na tę urokliwą Pokątną, która rozciągnęła się przed dwoma bohaterami! Ulica wszystkich smaków, animowanych kolorowych wystaw, łaskoczącego uszy hałasu. Te witryny! Te kolory! Ci… złodzieje?
Pogrążony w myślach Woody nie zdążył wystarczająco szybko zareagować, gdy między nimi znalazł się dzieciak. Ręka, którą wyciągnął w stronę chłopaczka, zamiast kołnierza capnęła powietrze. Również Tarpaulin, stary glina, nie miał problemu z interpretacją tej sytuacji. Zareagował nieco żywiej niż Crow, bo zamiast męczeńskiego westchnienia, z jego ust wyszło przekleństwo. Ściągnął gniewnie brwi, zacisnął pięści i podążył wraz ze swoim towarzyszem z powrotem na Nokturn, słodko nieświadomy jeszcze, że ofiary tej kradzieży były dwie.
Przy boku Edge’a wyglądał nieco groźniej i bardziej imponująco: z kapeluszem wyższy o całą głowę, barczysty, stojący na szerokich nogach i gotowy wymierzać sprawiedliwość.
— Macie jeszcze szansę tego nie pożałować — zawtórował młodszemu koledze, po czym… dobył różdżki?
Dobył… różdżki?
Kurwa, gdzie jest różdżka?
— Wy małe obsrańce! — Wszelki animusz wyparował, wypełnił go gniew i oburzenie. Rzucił się ku najbliższemu złodziejaszkowi, próbując chwycić go za fraki.
Rzut Z 1d100 - 18
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 61
Sukces!
Sukces!
piw0 to moje paliwo