28.08.2024, 12:26 ✶
Spuszczenie powietrza z tego balonika było jedynie kwestią czasu. Woody może i nie wiedział, jak się do tego zabrać poprawnie, ale — jak widać — wcale mu to nie przeszkodziło. Nawet jeśli nie zadałby tego pytania teraz, przemyciłby je jeszcze kiedyś, tyle że może w okolicznościach bardziej sprzyjających niż środek ulicy, na której ich okradziono.
— No tak, w gównie — przytaknął ze wzruszeniem ramion. On również uciekł na chwilę spojrzeniem, poprawił kapelusz, żeby zająć czymś ręce, ale nie wytrzymał tak długo: ciekawość wzięła górę i wlepił wzrok z powrotem w Crowa.
Który to ujawnił się jako cyrkowiec. To była nowość. Tarp nie spodziewał się tego, ale nie był też nadmiernie zaskoczony. Omiótł Edge’a spojrzeniem od stóp do głów, szukając w nim tego cyrkowca. Cokolwiek przyniosły oględziny, musiały go usatysfakcjonować, ponieważ pokiwał z aprobatą głową i kontynuował:
— Więc to stąd się wziąłeś. — Zabrzmiało to tak odkrywczo i dumnie, jakby Woody Tarpaulin sam to wydedukował. — To będziesz tu na chwilę? Sprawdzasz tylko stare śmieci czy jest w tym cyrku jakiś haczyk?
Młodzi zagubieni złodzieje byli demografią, która mogła cieszyć się szczególnymi względami również ze strony Woody’ego; zapewne nie stanowiłoby problemu dołączenie do tego stwierdzenia kilku przykładów. Szkopuł w tym, że oprócz oblicza dobrego wujka, który poklepie po plecach i wleje do gardła gorzałkę dla pokrzepienia, potrzebował na Nokturnie także, a może przede wszystkim, drugiej twarzy — takiej, która przypomni wszystkim, że nie da sobie wejść na głowę. Na bezwarunkowym miłosierdziu wobec bliźniego i nadstawianiu drugiego policzka nie obudował swojej pozycji w półświatku.
Urodził się zresztą w gorącej wodzie kąpany, łatwo przychodził mu gniew i inne gwałtowne emocje, które równie łatwo rozpraszały się, gdy zaczynał w końcu myśleć. A tutaj rozchodziło się przecież o jego różdżkę, a wraz z nią jego dobre imię. Czterdzieści lat z jedną, a tu taka zniewaga! Skradziona przez bandę smarkaczy.
Nie zamierzał przecież tego dzieciaka bić, a jedynie capnąć i przytrzymać, coby nie zwiał. Nie protestował, gdy Crow postanowił rozmówić się ze złodziejaszkiem po swojemu. Oprócz trzymania go na oku, wpatrywał się intensywnie w uliczkę, w której zniknęła reszta bandy. Wyglądało niestety na to, że nie pomyśleli o tym, aby ruszyć z odsieczą swojemu kamratowi.
Tarp oprzytomniał, gdy młodszy kolega skończył się rozprawiać hultajem. Zrobił wówczas krok w stronę nastoletniego ulicznika, nastoletni ulicznik zrobił krok wstecz. Woody zrobił więc kolejny. Uniósł ostrzegawczo brwi, a w świecie, w którym spojrzenie ma moc, to spojrzenie, którym stary wczepił się w dzieciaka, zacementowałoby stopy kieszonkowca w chodniku.
Niestety w tym nie miało mocy.
— Fantastycznie. — Tarp przerwał tę niewygodną ciszę, podkreślając swoje słowa pojedynczym klaśnięciem rąk. — A teraz, młody człowieku, porozmawiamy o tym, co jeszcze zabraliście.
Rada Crowa dotarła najwyraźniej w końcu do małej złodziejskiej główki. Oczy nicponia rozszerzyły się, gdy minęło zdziwienie nieoczekiwanym gestem. Obrócił się i puf! już go nie było.
Woody stał przez chwilę w bezruchu, jakby to jego wcementowano w ten nieszczęsny chodnik. Jedynie jego dłonie naprzemian zaciskały się w pięści i rozluźniały.
— Co u licha? — Odwrócił się do swojego kompana. Nie wyglądał w zasadzie na złego, lecz głęboko niedowierzającego temu, co go przed chwilą spotkało. — Nie, Crow, na litość Matki, to zdecydowanie nie był moment, w którym powinien dać nogę.
— No tak, w gównie — przytaknął ze wzruszeniem ramion. On również uciekł na chwilę spojrzeniem, poprawił kapelusz, żeby zająć czymś ręce, ale nie wytrzymał tak długo: ciekawość wzięła górę i wlepił wzrok z powrotem w Crowa.
Który to ujawnił się jako cyrkowiec. To była nowość. Tarp nie spodziewał się tego, ale nie był też nadmiernie zaskoczony. Omiótł Edge’a spojrzeniem od stóp do głów, szukając w nim tego cyrkowca. Cokolwiek przyniosły oględziny, musiały go usatysfakcjonować, ponieważ pokiwał z aprobatą głową i kontynuował:
— Więc to stąd się wziąłeś. — Zabrzmiało to tak odkrywczo i dumnie, jakby Woody Tarpaulin sam to wydedukował. — To będziesz tu na chwilę? Sprawdzasz tylko stare śmieci czy jest w tym cyrku jakiś haczyk?
Młodzi zagubieni złodzieje byli demografią, która mogła cieszyć się szczególnymi względami również ze strony Woody’ego; zapewne nie stanowiłoby problemu dołączenie do tego stwierdzenia kilku przykładów. Szkopuł w tym, że oprócz oblicza dobrego wujka, który poklepie po plecach i wleje do gardła gorzałkę dla pokrzepienia, potrzebował na Nokturnie także, a może przede wszystkim, drugiej twarzy — takiej, która przypomni wszystkim, że nie da sobie wejść na głowę. Na bezwarunkowym miłosierdziu wobec bliźniego i nadstawianiu drugiego policzka nie obudował swojej pozycji w półświatku.
Urodził się zresztą w gorącej wodzie kąpany, łatwo przychodził mu gniew i inne gwałtowne emocje, które równie łatwo rozpraszały się, gdy zaczynał w końcu myśleć. A tutaj rozchodziło się przecież o jego różdżkę, a wraz z nią jego dobre imię. Czterdzieści lat z jedną, a tu taka zniewaga! Skradziona przez bandę smarkaczy.
Nie zamierzał przecież tego dzieciaka bić, a jedynie capnąć i przytrzymać, coby nie zwiał. Nie protestował, gdy Crow postanowił rozmówić się ze złodziejaszkiem po swojemu. Oprócz trzymania go na oku, wpatrywał się intensywnie w uliczkę, w której zniknęła reszta bandy. Wyglądało niestety na to, że nie pomyśleli o tym, aby ruszyć z odsieczą swojemu kamratowi.
Tarp oprzytomniał, gdy młodszy kolega skończył się rozprawiać hultajem. Zrobił wówczas krok w stronę nastoletniego ulicznika, nastoletni ulicznik zrobił krok wstecz. Woody zrobił więc kolejny. Uniósł ostrzegawczo brwi, a w świecie, w którym spojrzenie ma moc, to spojrzenie, którym stary wczepił się w dzieciaka, zacementowałoby stopy kieszonkowca w chodniku.
Niestety w tym nie miało mocy.
— Fantastycznie. — Tarp przerwał tę niewygodną ciszę, podkreślając swoje słowa pojedynczym klaśnięciem rąk. — A teraz, młody człowieku, porozmawiamy o tym, co jeszcze zabraliście.
Rada Crowa dotarła najwyraźniej w końcu do małej złodziejskiej główki. Oczy nicponia rozszerzyły się, gdy minęło zdziwienie nieoczekiwanym gestem. Obrócił się i puf! już go nie było.
Woody stał przez chwilę w bezruchu, jakby to jego wcementowano w ten nieszczęsny chodnik. Jedynie jego dłonie naprzemian zaciskały się w pięści i rozluźniały.
— Co u licha? — Odwrócił się do swojego kompana. Nie wyglądał w zasadzie na złego, lecz głęboko niedowierzającego temu, co go przed chwilą spotkało. — Nie, Crow, na litość Matki, to zdecydowanie nie był moment, w którym powinien dać nogę.
piw0 to moje paliwo