29.09.2024, 11:19 ✶
Jak na te czasy i to konserwatywnie skręcające społeczeństwo czarodziejskie, Woody miał całkiem-całkiem otwartą głowę. Objął nią i zaakceptował dość wcześnie w swoim życiu koncept homoseksualności, z czego to był dość dumny i co zawdzięczał Morpheusowi. Bardziej skomplikowane układy jednak, te wykraczające poza geja klasycznego, a więc obejmujące… braci gejów… były dla niego wciąż egzotyczne i zapewne poruszenie tego wątku z nim nie należałoby w rzeczy samej do najwygodniejszych. Starał się oczywiście zawsze i przejmował problemami, z których się mu zwierzano, ale… nie wszystkie umiał przyjąć tak po prostu.
Temat odbił jednak szczęśliwie na coś dużo mniej niekomfortowego, choć wciąż było to coś, w czym nie był tak zorientowany, jak marzyłby sobie być. Dante. Nie ulegało wątpliwości, że wieści o jego powrocie zataczają coraz szersze koło, pojawiały się kolejne pytania, a Woody ponownie musiał rozłożyć ręce.
— Vior pytała nie tak dawno o dokładnie to samo. Nie dowiedziałem się od tego czasu wiele więcej. Żyje, co do tego opinie są… dość zgodne. Co planuje? Nie mam najbledszego pojęcia. Może liże rany? Coś dzieje się przy Rose Noire, sprząta dookoła.
Och, jak przydałby mu się w tamtym momencie autorytet Dante’ego, którego się nie okrada. Dał się obrobić na różdżkę jak żółtodziób. Zdjął kapelusz z głowy i wzniósł oczy do szarzejącego nieba, po czym skierował je bezradnie ostatni raz w głąb uliczki, gdzie zniknął młodociany element kryminalny.
— Moją różdżkę. — Była w tym gorzka żałość. Tarp wyciągnął z kieszeni nieodłączną piersiówkę i porządnie się pokrzepił, spojrzał zbolały na Crowa i zapraszająco wyciągnął flaszeczkę w jego stronę, proponując mu tym niemym gestem poczęstunek. Co za kurwa parszywy dzień.
Pozłorzeczył więc dzieciakom pod nosem, powykrzywiał się na twarzy, ale nie zamierzał bynajmniej wylewać łez w tym smętnym zaułku. Od użalania się nad sobą nic się nie odstanie, toteż zepchnął złość na drugi plan i przeszedł do konkretów.
— Wracamy do Rejwachu — zarządził skwaśniały. Motocykle wyparowały mu całkiem z głowy; kiedy indziej obada ten temat. — Mam pod ladą jakieś awaryjne rupiecie.
Zawsze trzymał kilka tandetnych „jednorazówek” na handel bieżący. Żadna to była rzemieślnicza robota, żaden kunszt czy narzędzie do uprawiania magii wyższej, ale na parę dni czy kilka drobnych akcji się nadawało. Nieoznaczone i nielegalne to badziewie, ale bez różdżki jak bez ręki, a światło jakoś trzeba było w barze zapalić, zabezpieczenia na drzwiach otworzyć, miotłę w ruch wprawić.
— No nie, nie można tak tego zostawić, Crow — mamrotał zirytowany Woody po drodze. — Ja z tą różdżką, rozumiesz, wcześniej się znałem niż z moją babą. Baby już z dziesięć lat nie mam, a ta różdżka wciąż ze mną. I co? I nie ma. Tak po prostu nie ma. Myślisz, że to jakieś szczury były? — Nie żeby po takiej przerwie podejrzewał Edge’a o to, że kojarzy młodych złodziejaszków. Rozważał tylko na głos możliwości. — Byle się ludzie nie dowiedzieli, bo wstyd. — Ta myśl dopiero uruchomiła w nim strach o szkody wizerunkowe. Zatrzymał się gwałtownie w pół kroku, obrócił do Crowa i wyciągnął w jego stronę ostrzegawczo palec, niemal dźgając przy tym mężczyznę w pierś. — To zostaje między nami, co?
Temat odbił jednak szczęśliwie na coś dużo mniej niekomfortowego, choć wciąż było to coś, w czym nie był tak zorientowany, jak marzyłby sobie być. Dante. Nie ulegało wątpliwości, że wieści o jego powrocie zataczają coraz szersze koło, pojawiały się kolejne pytania, a Woody ponownie musiał rozłożyć ręce.
— Vior pytała nie tak dawno o dokładnie to samo. Nie dowiedziałem się od tego czasu wiele więcej. Żyje, co do tego opinie są… dość zgodne. Co planuje? Nie mam najbledszego pojęcia. Może liże rany? Coś dzieje się przy Rose Noire, sprząta dookoła.
Och, jak przydałby mu się w tamtym momencie autorytet Dante’ego, którego się nie okrada. Dał się obrobić na różdżkę jak żółtodziób. Zdjął kapelusz z głowy i wzniósł oczy do szarzejącego nieba, po czym skierował je bezradnie ostatni raz w głąb uliczki, gdzie zniknął młodociany element kryminalny.
— Moją różdżkę. — Była w tym gorzka żałość. Tarp wyciągnął z kieszeni nieodłączną piersiówkę i porządnie się pokrzepił, spojrzał zbolały na Crowa i zapraszająco wyciągnął flaszeczkę w jego stronę, proponując mu tym niemym gestem poczęstunek. Co za kurwa parszywy dzień.
Pozłorzeczył więc dzieciakom pod nosem, powykrzywiał się na twarzy, ale nie zamierzał bynajmniej wylewać łez w tym smętnym zaułku. Od użalania się nad sobą nic się nie odstanie, toteż zepchnął złość na drugi plan i przeszedł do konkretów.
— Wracamy do Rejwachu — zarządził skwaśniały. Motocykle wyparowały mu całkiem z głowy; kiedy indziej obada ten temat. — Mam pod ladą jakieś awaryjne rupiecie.
Zawsze trzymał kilka tandetnych „jednorazówek” na handel bieżący. Żadna to była rzemieślnicza robota, żaden kunszt czy narzędzie do uprawiania magii wyższej, ale na parę dni czy kilka drobnych akcji się nadawało. Nieoznaczone i nielegalne to badziewie, ale bez różdżki jak bez ręki, a światło jakoś trzeba było w barze zapalić, zabezpieczenia na drzwiach otworzyć, miotłę w ruch wprawić.
— No nie, nie można tak tego zostawić, Crow — mamrotał zirytowany Woody po drodze. — Ja z tą różdżką, rozumiesz, wcześniej się znałem niż z moją babą. Baby już z dziesięć lat nie mam, a ta różdżka wciąż ze mną. I co? I nie ma. Tak po prostu nie ma. Myślisz, że to jakieś szczury były? — Nie żeby po takiej przerwie podejrzewał Edge’a o to, że kojarzy młodych złodziejaszków. Rozważał tylko na głos możliwości. — Byle się ludzie nie dowiedzieli, bo wstyd. — Ta myśl dopiero uruchomiła w nim strach o szkody wizerunkowe. Zatrzymał się gwałtownie w pół kroku, obrócił do Crowa i wyciągnął w jego stronę ostrzegawczo palec, niemal dźgając przy tym mężczyznę w pierś. — To zostaje między nami, co?
piw0 to moje paliwo