14.10.2024, 20:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2024, 21:04 przez Woody Tarpaulin.)
— Ano tak gadają — przytaknął jedynie, bo do niego żadne groźby do tej pory nie spłynęły, choć przyznać też trzeba, że szczególnie intensywnie guza u Dante’ego nie szukał.
Zasępił się nieco w reakcji na drugą część wypowiedzi Crowa. Jakie znów wchodzenie głębiej? Nie wtykał nosa w detale jego relacji z ludźmi Podziemnych Ścieżek, ale ledwie chwilę wcześniej mężczyzna deklarował, że wracać tam nie zamierza. Coś tutaj się mocno nie składało.
Trudno jednak było poważyć jego założenia: bez bezpośredniego zbliżania się do Dante’ego nie dało się raczej zdobyć żadnych informacji ponad te, które Woody przekazał zarówno Viorice, jak i Edge’owi. Po spotkaniu z Zamfir Tarp zasięgnął języka nawet u naczelnej nokturnowej plotkary, Lorraine, lecz i ona niczego więcej mu nie powiedziała. Tak, Crow miał rację, trzeba byłoby zejść głębiej, z tym że:
— A po kiego grzyba ty się chcesz pchać tam głębiej? — Ponownie dał wyraz swojej błyskotliwej bezpośredniości, nie kryjąc zdumienia. Trudno było mu czasami za Crowem nadążyć. — Uciekłeś, to się teraz trzymaj z daleka. Co to za pomysł? On czegoś od ciebie chce? — Na chwilę się zawiesił, ponieważ do głowy przyszła mu odwrotna interpretacja. — Ty czegoś od niego chcesz? Może da się inaczej załatwić.
Woody Tarpaulin był w końcu ekspertem od załatwiania rzeczy. Nie oferował jednak tej opcji ze względu na chęć sprzątnięcia interesu sprzed nosa konkurencji, a z poczciwej troski.
— No jest potrzebna, do paru rzeczy jest potrzebna — odpowiedział na jego pytanie z łagodnym zrezygnowaniem rodzica objaśniającego dziecku kolejną głupotę.
Crow był bardzo dziwny, ale dziwnościami w różnym nasileniu mogłaby pochwalić się większość tutejszej ekipy. Nie przeszkadzało to staremu. Co nie zrozumiał, to zignorował, i jakoś się to między nimi kleiło. Woody’emu wiele nie było trzeba, aby znajomości kleić.
— Teraz? Już się ich nie dogoni. — Wystarczająco czasu spędzili na gadaniu, żeby dać im się oddalić. Nie wspominając o tym, że ten łobuz, na którym Tarpowi najmocniej zależało, teleportował się na ich oczach i Merlin wie, gdzie go wywiało. — Takie młode. Dadzą radę różdżkę w lepkich rączkach utrzymać? Dadzą. Swoją, a nawet i cudzą. Fontaine nic więcej nie trzeba.
Spacer ulicami Nokturnu w drodze powrotnej dłużył mu się niemiłosiernie, a brak różdżki boleśnie doskwierał. Kilka razy czarodziej złapał się na tym, że sięga kieszonki, w której zwykle spoczywała, że przebiera nerwowo palcami. Mieszkał na tym mrocznym padole od tylu lat, że mógłby śmiało nazwać to miejsce domem, lecz chodzenie tędy bez podstawowego narzędzia obrony budziło w nim mimo to niepokój. Jedyną tarczą była mu w tym momencie reputacja, lecz — jak dobitnie odczuł tego dnia — nie można było na niej polegać w pełni. Nędznicy z osobliwą łatwością węszyli łup, z wprawą wytrawnego legilimenty odczytywali w człowieku najdrobniejszą słabość i korzystali z okazji.
Zasępił się nieco w reakcji na drugą część wypowiedzi Crowa. Jakie znów wchodzenie głębiej? Nie wtykał nosa w detale jego relacji z ludźmi Podziemnych Ścieżek, ale ledwie chwilę wcześniej mężczyzna deklarował, że wracać tam nie zamierza. Coś tutaj się mocno nie składało.
Trudno jednak było poważyć jego założenia: bez bezpośredniego zbliżania się do Dante’ego nie dało się raczej zdobyć żadnych informacji ponad te, które Woody przekazał zarówno Viorice, jak i Edge’owi. Po spotkaniu z Zamfir Tarp zasięgnął języka nawet u naczelnej nokturnowej plotkary, Lorraine, lecz i ona niczego więcej mu nie powiedziała. Tak, Crow miał rację, trzeba byłoby zejść głębiej, z tym że:
— A po kiego grzyba ty się chcesz pchać tam głębiej? — Ponownie dał wyraz swojej błyskotliwej bezpośredniości, nie kryjąc zdumienia. Trudno było mu czasami za Crowem nadążyć. — Uciekłeś, to się teraz trzymaj z daleka. Co to za pomysł? On czegoś od ciebie chce? — Na chwilę się zawiesił, ponieważ do głowy przyszła mu odwrotna interpretacja. — Ty czegoś od niego chcesz? Może da się inaczej załatwić.
Woody Tarpaulin był w końcu ekspertem od załatwiania rzeczy. Nie oferował jednak tej opcji ze względu na chęć sprzątnięcia interesu sprzed nosa konkurencji, a z poczciwej troski.
— No jest potrzebna, do paru rzeczy jest potrzebna — odpowiedział na jego pytanie z łagodnym zrezygnowaniem rodzica objaśniającego dziecku kolejną głupotę.
Crow był bardzo dziwny, ale dziwnościami w różnym nasileniu mogłaby pochwalić się większość tutejszej ekipy. Nie przeszkadzało to staremu. Co nie zrozumiał, to zignorował, i jakoś się to między nimi kleiło. Woody’emu wiele nie było trzeba, aby znajomości kleić.
— Teraz? Już się ich nie dogoni. — Wystarczająco czasu spędzili na gadaniu, żeby dać im się oddalić. Nie wspominając o tym, że ten łobuz, na którym Tarpowi najmocniej zależało, teleportował się na ich oczach i Merlin wie, gdzie go wywiało. — Takie młode. Dadzą radę różdżkę w lepkich rączkach utrzymać? Dadzą. Swoją, a nawet i cudzą. Fontaine nic więcej nie trzeba.
Spacer ulicami Nokturnu w drodze powrotnej dłużył mu się niemiłosiernie, a brak różdżki boleśnie doskwierał. Kilka razy czarodziej złapał się na tym, że sięga kieszonki, w której zwykle spoczywała, że przebiera nerwowo palcami. Mieszkał na tym mrocznym padole od tylu lat, że mógłby śmiało nazwać to miejsce domem, lecz chodzenie tędy bez podstawowego narzędzia obrony budziło w nim mimo to niepokój. Jedyną tarczą była mu w tym momencie reputacja, lecz — jak dobitnie odczuł tego dnia — nie można było na niej polegać w pełni. Nędznicy z osobliwą łatwością węszyli łup, z wprawą wytrawnego legilimenty odczytywali w człowieku najdrobniejszą słabość i korzystali z okazji.
Koniec sesji
piw0 to moje paliwo