04.11.2024, 00:51 ✶
Zorientował się, że od dłuższego czasu stoi przed antykwariatem i wpatruje pusto w witrynę. Spuścił wzrok na buty, zmarszczył brwi. Zawahał się, nim wszedł.
Sklepik wyglądał na zrujnowany; krusząca się pod siłą pioruna Wieża — zły omen. Kolejna ostoja jego dzieciństwa obrócona w proch. Od lat nie widział tego miejsca w tak opłakanym stanie.
Gdy Tessa odkupiła antykwariat od jego matki i przearanżowała wszystko na własną modłę, ten nie przestał mieć sentymentalnego wymiaru dla Peregrinusa. Tak było dobrze: Longbottom nie trzymała się na siłę tego, co pozostawił w sklepiku Archibald Trelawney, lecz tchnęła w biznes nowe życie. Nie kradła cudzego dziedzictwa, lecz nie pozwoliła miejscu umrzeć i straszyć, przypominając o tym, który go opuścił.
Nie pozwoliła wtedy. I nie pozwoliłaby teraz. Młody Trelawney nie tylko wierzył w szczere przywiązanie czarownicy do jej antykwariatu, lecz przede wszystkim wierzył w logikę. A ostatnim razem, gdy tu zaglądał, wszystko było w najlepszym porządku, nie było czasu na taką demolkę, a Tessa nie odwołała umówionej z nim wizyty ani nie zdradziła się żadnym gestem ni słowem, które mogłyby wskazywać, że nosiła się z jakimiś niecodziennymi zamiarami. Poza tym… wróżbita wierzył, że powiedziałaby mu wcześniej, gdyby zamierzała zwinąć interes. Wiedziała, ile on dla niego znaczy.
Z pewnością istniało wyjaśnienie dla tego obrazu nędzy i rozpaczy, który miał przed sobą. Pchnął więc zdecydowanie drzwi. Zadzwonił srebrzyście dzwonek ogłaszający jego przybycie. Czarodziej zatrzymał się w progu, a zmarszczka na jego czole jedynie się pogłębiła, gdy ujrzał, że wnętrze lśni i nęci przepięknymi przedmiotami.
— Dzień dobry — rzucił mężczyzna nieprzytomnie; myślami bez dwóch zdań był gdzie indziej. Bez słowa wyjaśnienia cofnął się na ulicę i wpatrywał przez chwilę intensywnie w wystawę, po czym wrócił do środka. — O co chodzi z witryną? Ma pani problem z jakąś klątwą?
Co było o tyle nieprawdopodobne, że Tessa trudniła się klątwołamaniem, przodowała w swoim fachu. Dlaczego miałaby pozwalać, aby coś takiego działo się tuż pod jej nosem?
Sklepik wyglądał na zrujnowany; krusząca się pod siłą pioruna Wieża — zły omen. Kolejna ostoja jego dzieciństwa obrócona w proch. Od lat nie widział tego miejsca w tak opłakanym stanie.
Gdy Tessa odkupiła antykwariat od jego matki i przearanżowała wszystko na własną modłę, ten nie przestał mieć sentymentalnego wymiaru dla Peregrinusa. Tak było dobrze: Longbottom nie trzymała się na siłę tego, co pozostawił w sklepiku Archibald Trelawney, lecz tchnęła w biznes nowe życie. Nie kradła cudzego dziedzictwa, lecz nie pozwoliła miejscu umrzeć i straszyć, przypominając o tym, który go opuścił.
Nie pozwoliła wtedy. I nie pozwoliłaby teraz. Młody Trelawney nie tylko wierzył w szczere przywiązanie czarownicy do jej antykwariatu, lecz przede wszystkim wierzył w logikę. A ostatnim razem, gdy tu zaglądał, wszystko było w najlepszym porządku, nie było czasu na taką demolkę, a Tessa nie odwołała umówionej z nim wizyty ani nie zdradziła się żadnym gestem ni słowem, które mogłyby wskazywać, że nosiła się z jakimiś niecodziennymi zamiarami. Poza tym… wróżbita wierzył, że powiedziałaby mu wcześniej, gdyby zamierzała zwinąć interes. Wiedziała, ile on dla niego znaczy.
Z pewnością istniało wyjaśnienie dla tego obrazu nędzy i rozpaczy, który miał przed sobą. Pchnął więc zdecydowanie drzwi. Zadzwonił srebrzyście dzwonek ogłaszający jego przybycie. Czarodziej zatrzymał się w progu, a zmarszczka na jego czole jedynie się pogłębiła, gdy ujrzał, że wnętrze lśni i nęci przepięknymi przedmiotami.
— Dzień dobry — rzucił mężczyzna nieprzytomnie; myślami bez dwóch zdań był gdzie indziej. Bez słowa wyjaśnienia cofnął się na ulicę i wpatrywał przez chwilę intensywnie w wystawę, po czym wrócił do środka. — O co chodzi z witryną? Ma pani problem z jakąś klątwą?
Co było o tyle nieprawdopodobne, że Tessa trudniła się klątwołamaniem, przodowała w swoim fachu. Dlaczego miałaby pozwalać, aby coś takiego działo się tuż pod jej nosem?
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie